Wirtualna Biblioteczka Dworu Drulity to propozycja tworzona specjalnie z myślą o tych spośród naszych Gości, którym szczególnie bliska jest historia i turystyka historyczna, cechująca się nade wszystko potrzebą zrozumienia doświadczanego krajobrazu kulturowego. W myśl tej idei w Wirtualnej Biblioteczce gromadzimy różnorodne teksty pozwalające na umiejscowienie zabytkowego zespołu dworskiego w Drulitach w szerszym kontekście historycznym i społeczno-kulturowym.

Drulity leżą w samym sercu historycznej krainy zwanej niegdyś Oberlandem, Hockerlandią, Prusami Górnymi lub Pogórzem. Jej rdzeń stanowiły dawne powiaty pasłęcki i morąski. Proponowane artykuły, wypisy źródłowe, różnorodne relacje dotyczące życia codziennego w pobliskich pałacach i dworach, wsiach i miasteczkach bądź też „obrazki z podróży” mają na celu przybliżenie specyfiki tego pięknego skrawka ziemi i zamieszkujących go ludzi.

Biblioteczka będzie sukcesywnie uzupełniania.

Litografia Alexandra Dunckera/Lithographie von Alexander Duncker

Około roku 1860 dwór w Drulitach wyobrażono w jednym z 16 tomów słynnej kolekcji litografii Alexandra Dunckera − niemieckiego księgarza i wydawcy − przedstawiających wiejskie siedziby i rezydencje w Prusach. Litografię opatrzono ciekawym komentarzem.

Um 1860 wurde das Gutshaus Draulitten in einem der 16 Bände der bekannten Grafiksammlung preußischer Schlösser und Gutshäuser von Alexander Duncker abgebildet. Die farbige Lithographie wurde mit einem interessanten Kommentar versehen. 

Czytaj więcej...

Komentarz do litografii Alexandra Dunckera

Drulity

Prowincja Prusy – Rejencja Królewiecka – Powiat Pasłęk

Jak się zdaje, w XVI wieku dobra drulickie należały do margrabiego Albrechta Starszego i składały się w owym czasie z Drulit, Tumpit, Piniewa, Dargowa, młyna w Klepinie i Gr. Krikken, łącznie obejmując około 150 włók, głównie lasów. 5 maja 1564 roku margrabia wymienił część majątku, odstępując Tumpity, Dargowo i Gr. Krikken Albrechtowi Schertwitzowi w zamian za udział tego ostatniego we wsi Krasin, i nadał te dobra na mocy przywileju Schertwitzowi oraz dwojgu jego dzieciom na prawie magdeburskim. Od niego dobra w Tumpitach, Dargowie i Piniewie odkupiła rodzina von Wahenrodt[1], która wcześniej odziedziczyła Drulity. Całość dóbr znajdowała się w jej posiadaniu do roku 1787, a więc przez około 150 lat. ̶ Boguslaw Heinrich von Wahenrodt, ostatni dziedzic tej familii, sprzedał je 24 czerwca 1787 roku podpułkownikowi Georgowi Erdmannowi von Stake[2], którego ostatni spadkobierca − kapitan Adolf Wilhelm Erdmann von Stake − w 1814 roku ponownie podzielił dobra. Odsprzedał Johannowi von Banwels[3] Dargowo, Piniewo i młyn w Klepinie, a w 1825 roku także resztę dóbr drulickich i Tumpity. Z powodu zadłużenia von Banwels nie mógł utrzymać majątku. W wyniku licytacji dobra zakupił w 1829 roku pan von Besser. Następnie odsprzedał je w 1851 roku kupcowi Jürgenowi Sthamerowi z Hamburga, wcześniej również właścicielowi dóbr holsztyńskich, najpierw nabywszy na mocy wymiany z rządem królewskim − celem wytyczenia Kanału Oberlandzkiego − około 300 mórg stanowiących część osuszonego Jeziora Piniewskiego w zamian za tereny należące do Drulit.

Litografia Alexandra Dunckera. Widok od strony ogrodu

Przejmując dobra, kupiec Sthamer niemalże nie zastał w Drulitach i Tumpitach lasów, a zamiast tego ziemię pokrytą pniakami, jak również mocno wybrakowane budynki bliskie zawalenia, toteż na początku począł wznosić je zupełnie od nowa, a grunty przekopywać, na wszelkie możliwe sposoby meliorować, drenować i nawozić. Niestety już w 1855 roku osierocił rodzinę, nie zdążywszy nacieszyć się owocami swej ciężkiej, mozolnej pracy. Jeszcze w roku jego śmierci w Drulitach wybuchł księgosusz; Sthamer stracił niemal całe pogłowie bydła, nie otrzymując jakiejkolwiek rekompensaty. Co więcej, zmuszono go do zapobiegania dalszemu rozprzestrzenianiu się pomoru poprzez ubój i zakopanie zdrowych sztuk. Po śmierci Jürgena Sthamera − który doprowadził majątek do dzisiejszego wysokiego poziomu dzięki swej niezmożonej pracowitości, wytrwałości oraz bardzo znaczącym nakładom, w krótkim czasie i w bardzo trudnych warunkach kładąc wybitne, niezapomniane zasługi po polu agrokultury − pracę tę z rzadko spotykaną energią i przenikliwością kontynuowała wdowa po nim pod kierunkiem najstarszego syna Emila Sthamera. Ten w iście ojcowskim duchu prowadził dalsze prace nad kulturą gleby i dalszą budową nieukończonych lub wakujących jeszcze budynków, aż w 1859 roku również jego pracowite i pełne znoju życie przerwała śmierć. Wdowa gospodarowała samotnie aż do roku 1861, kiedy to za dwukrotność tego, ile zapłacił ojciec w 1851 roku, sprzedała majątek najmłodszemu synowi, kupcowi i obecnemu właścicielowi Gustawowi Sthamerowi, który powrócił z Ameryki Południowej.

Drulity i Tumpity zajmują łącznie areał około 3000 mórg, z czego 1800 stanowi ziemia orna, 500 łąki, 500 lasy, resztę zaś zajmują drogi, miejsca budowy i bagna.

Istnieje tu duża cegielnia, ponadto prowadzi się znaczącą hodowlę owiec i sprzedaż baranów, oborę i hodowlę koni. Dom mieszkalny w Drulitach pobudowano i urządzono na modłę holenderską; ogród zakładał na nowo Lintrop z Berlina w roku 1853. Niestety nad obecnym właścicielem zawisła groźba, że majątek, który w ciągu ostatnich pięciu lat nabrał sił wyłącznie dzięki intensywnej hodowli bydła, znów podupadnie, brakuje bowiem najważniejszego źródła pożywienia, to jest siana. 300 mórg równych, osuszonych terenów pojeziernych, uzyskanych od skarbu państwa na mocy wymiany, a przekształconych przez rodzinę Sthamer w nadające się do użytku łąki dzięki ogromnym nakładom finansowym i pracy, od roku 1863 zarząd Kanału Oberlandzkiego w największej części zalewa wodą, w wyniku czego łąki zamiast 600 fur siana dały zaledwie 70 fur do podziału na 2000 owiec, 120 krów i 120 koni. Siano trzeba było pozyskiwać i wynosić, kiedy większa część stała jeszcze do połowy w wodzie. Jedynie dzięki zdobyciu pożywienia zastępczego i najusilniejszym staraniom obecnego właściciela o utrzymanie majątku w blasku, który zaczął nadawać mu ojciec, dobra drulickie uratowały się przed powrotem do stanu sprzed 15 lat. Oby kolejne lata były korzystniejsze niż te siedem, które właśnie upłynęły. Wówczas posiadłość ziemską w Drulitach zaliczać będzie można do najpiękniejszych w Prusach Wschodnich.

Alexander Duncker, Die ländlichen Wohnsitze, Schlösser und Residenzen der ritterschaftlichen Grundbesitzer in der preußischen Monarchie; nebst den königlichen Familien-, Haus-Fideicommiss-Schatull-Gütern in naturgetreuen, künstlerisch ausgeführten, farbigen Darstellungen; nebst begleitendem Text, Berlin 1857−1883, B. X.

Tłum. Magdalena Żółtowska-Sikora

[1] Wł. Wallenrodt.

[2] Wł. Hake.

[3] Wł. von Bançels.

Weiter lesen...

Kommentar zu Alexander Dunckers Lithographie

Draulitten

Provinz Preußen – Regierungsbezirk Königsberg – Kreis Preuss. Holland

Die Draulitter Güter scheinen in dem 16. Jahrhundert dem Markgrafen Albrecht dem Aelteren gehört zu haben und bestanden in damaliger Zeit aus Draulitten, Tompitten, Pinnau, Dargau, der Kleppinischen Mühle und Gr. Krikken, zusammen ca. 150 Hufen, meistens Wald. Am 5. Mai 1564 tauschte der Markgraf einen Theil der Güter, Tompitten, Dargau und Gr. Krikken an Albrecht Schertwitz um, gegen des Letzteren Antheil am Dorfe Schönfeld und verlieh die Güter laut Privilegium dem Schertwitz und seinen beiden Kindern zu magdeburgischen Rechten. Von diesen kaufte die Familie von Wahenrodt[1] die Güter Tompitten, Dargau und Pinnau, nachdem sie vorher Draulitten geerbt hatte, und besaß die saemmtlichen  Gueter bin 1787 – also ca. 150 Jahre. – Der letzte Erbe der Familie, Boguslaw Heinrich von Wahenrodt, verkaufte sie am 24. Juni 1787 an den Oberst-Lieutenant George Erdmann von Stake[2], dessen letzter Erbe, Hauptmann Adolf Wilhelm Erdmann von Stake 1814 die Güter wieder trennte und Dargau, Pinnau und die Kleppinsche Muehle und 1825 auch die übrigen Güter Draulitten und Tompitten an Johann von Banwels[3] verkaufte. Dieser konnte die Güter Schulden halber nicht halten und in der Subhastation 1829 kaufte dieselben Herr von Besser, welcher sie 1851 wieder an den Kaufmann Jürgen Sthamer aus Hamburg, früher auch Besitzer von Holsteiner Gütern, verkaufte, nachdem er zuvor mittels Tausch mit der Königl. Regierung zur Durchführung des Oberländischen Kanals einen Theil eines abgelassenen Pinnauer Sees ca. 300 Morgen gegen Draulitter Terrain zuerworben hatte.

A. Dunckers Lithographie, Gartenseite

Der Kaufmann Sthamer fand bei Übernahme der Güter Draulitten und Tompitten fast keinen Wald mehr vor, sondern nur ein mit Stubben besetztes Terrain, sowie sehr mangelhafte, dem Umsturze nahe Gebäude. Er begann daher zunächst diese vollständig neu aufzuführen, das Land zu roden und in jeder Art zu meliorieren, drainieren und zu mergeln, wurde aber leider schon 1855 seiner Familie durch den Tod entrissen, ohne die Früchte seiner schweren und mühevollen Arbeit im Entferntesten genossen zu haben, denn noch im Jahre seines Todes brach die Rinderpest auf Draulitten aus und er verlor fast sämtliches Vieh, ohne irgendwelche Entschädigung zu erhalten. Er wurde sogar genötigt, um die weitere Ausbreitung der Seuche zu verhüten, auch das noch gesunde Vieh zu töten und zu vergraben. Nach dem Tode des Jürgen Sthamers, der durch nie ermüdenden Fleiß und Ausdauer und durch sehr bedeutende Mittel die Güter auf die heutige hohe Stufe der Kultur brachte und sich um die Landeskultur überhaupt in kurzer Zeit und unter der schwierigsten Verhältnissen sehr hervorragende, unvergessliche Verdienste erworben hat, setzte die Witwe desselben die Arbeit mit seltener Energie und Klarsicht, unter Leitung des ältesten Sohnes Emil Sthamer fort, der ganz im Sinne seines Vaters die Kultur des Landes und den weiteren Ausbau der unvollendeten und noch fehlenden Gebäude fortführte, bis auch diesen im Jahre 1859 der Tod aus einem arbeit- und mühevollen Leben abrief. – Bis 1861 setzte darauf die Witwe die Bewirtschaftung der Güter allein fort, bis sie dieselben im genannten Jahre an ihren jüngsten Sohn, den Kaufmann und jetzigen Besitzer Gustav Sthamer, der aus Südamerika zurückgekehrt war, für den doppelten Preis, welchen der Vater im Jahre 1851 bezahlt hatte, verkaufte.

Draulitten und Tompitten haben zusammen ein Areal von ca. 3000 Morgen, davon 1800 unter dem Pflug, 500 Morgen Wiesen, 500 Morgen Wald, der Rest Wege, Baustellen und Brüche. – Es besteht eine große Ziegelei, dann eine bedeutende Schafzucht mit Bockverkauf, Küherei und Pferdezucht daselbst. – Das Draulitter Wohnhaus ist nach hamburgischem Stil und Geschmack gebaut und eingerichtet, der Garten von Lintrop aus Berlin im Jahre 1853 neu angelegt. – Leider drohte dem jetzigen Besitzer, dass das, nur durch Viehzucht in größter Ausdehnung in Kraft gekommene Gut in den letzten fünf Jahren wieder zurückgehen müsse, da die Hauptnahrungsquelle, das Heu, fehlte. Die durch Tausch vom Fiskus erhaltenen 300 Morgen ebenen, trockengelegten Seeterrains – das durch enorme Kosten und Arbeit der Sthamerschen Familie zu nutzbaren Wiesen umgeschaffen worden war – wurden seit dem Jahre 1863 durch die Kanal-Verwaltung des oberländischen Kanals zum größten Teil unter Wasser gesetzt und brachten die Wiesen statt 600 Fuder nur 70 Fuder Heu, verteilt auf 2000 Schafe, 120 Kühe und 120 Pferde, und musste das Heu noch meist halb unter Wasser geworben und dann herausgetragen werden. Nur durch Beschaffung anderer Nahrungs-Surrogate und durch die größten Anstrengungen des jetzigen Besitzers, die Güter in dem Glanze zu erhalten, welchen der Vater ihnen zu verleihen angefangen hatte, wurden dieselben vor einem Zurücksinken in einen Zustand wie vor 15 Jahren gerettet. Mögen die nächsten Jahre günstiger sein als die jetzt verflossenen sieben Jahre, dann werden die Draulitter Güter mit zu den schönsten in Ostpreußen gezählt werden können.

Alexander Duncker, Die ländlichen Wohnsitze, Schlösser und Residenzen der ritterschaftlichen Grundbesitzer in der preußischen Monarchie; nebst den königlichen Familien-, Haus-Fideicommiss-Schatull-Gütern in naturgetreuen, künstlerisch ausgeführten, farbigen Darstellungen; nebst begleitendem Text, Berlin 1857−1883, B. X.

[1] Wallenrodt.

[2] Von Hake.

[3] Von Bancels.

Bogata historia

O historii majątku w Drulitach, jego wcześniejszych właścicielach i powojennych losach mieszkańców wsi pisze elbląski historyk regionalista Lech Słodownik. Składając Autorowi serdeczne podziękowanie za udostępnienie tekstów, zapraszamy do lektury artykułu „Drulity – mała wieś z dużą historią” oraz biogramu miejscowości, wchodzącego w skład cyklu „Wsie dawnego powiatu pasłęckiego”.

Czytaj więcej...

Drulity – mała wieś z dużą historią

Drulity leżą w dzisiejszej gminie Pasłęk, parę kilometrów od trasy Elbląg–Warszawa. Łatwo tutaj trafić, wystarczy tylko zjechać w Marzewie z „siódemki” w prawo i dalej podążać przez Dargowo w stronę pochylni na Kanale Elbląskim w Buczyńcu. Latem przez wieś przejeżdżają dziesiątki autokarów i samochodów, wioząc turystów chcących bądź to przepłynąć, bądź to obejrzeć urządzenia jedynego na świecie kanału, gdzie „statki pływają po górach”.

Gdy w 2003 r. poznałem w Elblągu zamieszkałą w Paryżu doktor socjologii Catherine Krahmer – córkę ostatniego właściciela dóbr w Drulitach − postanowiłem poznać bliżej dzieje tego majątku oraz rodziny mojej interlokutorki. Byłem zobligowany w dwójnasób, ponieważ uzyskałem od niej wiele ciekawych informacji, materiałów i wskazówek, ponadto, nie ukrywam, byłem pod wrażeniem obycia dr Krahmer w „wielkim świecie”, starannego wykształcenia i kultury osobistej. Nie sposób było więc nie podzielić się tym wszystkim z Czytelnikami, co niniejszym czynię.

Catherine Krahmer urodziła się w 1937 r. w Drulitach (wówczas Draulitten) jako córka ostatniego właściciela tego majątku – dr. Hansa-Wernera Krahmera. Od 1948 r. mieszka we Francji. Studiowała socjologię i historię sztuki m.in. w Oxfordzie, Monachium i Paryżu. Znana jest nie tylko w Europie z wielu publikacji i odczytów. Jej dziadkiem był Grek, z wykształcenia inżynier, przyrodnik i polityk, o którym będzie zresztą mowa szeroko poniżej.

Drulity, lata 30. Od lewej: przyjaciółka z Grecji małżeństwa Krahmer, dr Hans-Werner Krahmer, jego żona Anna Krahmer de domo Protopapadakis oraz syn Peter Krahmer ur. w Drulitach w 1934 r.

Mająca żydowskie korzenie i wywodząca się z Hamburga rodzina Krahmer była właścicielem majątku ziemskiego w Drulitach w latach 1851−1945. Zbudowała sobie tutaj rodzinną rezydencję z obszernym założeniem parkowo-krajobrazowym. Tymczasem w wielu publikacjach, niestety także o walorach popularnonaukowych, podaje się, że od 1851 do około r. 1920 dobra drulickie należały do „rodu Sthamer”. Jak nietrudno zauważyć, jest to typowy błąd drukarski, polegający na przestawieniu liter, zwany niekiedy „czeskim błędem”.

Błędna pisownia nazwiska Krahmer pojawiła się po raz pierwszy w pewnym druku ulotnym z końca XIX wieku, a następnie bez weryfikacji powtarzana była w wielu materiałach, m.in. w wartościowej publikacji Helmuta Siebera Schlösser und Herrensitze in Ost- und Westpreußen [Zamki i dwory w Prusach Wschodnich i Zachodnich; Frankfurt nad Menem 1958]. Na stronie 50. tej publikacji popełniono zresztą dwa inne błędy drukarskie, podając nazwisko pierwszego starosty pasłęckiego Adolfa von Haake (1790−1856) jako Stake, a nazwisko Wallenrodt jako Wahenrodt. Niepoprawna pisownia nazwiska rodu Krahmer znajduje się również w znanym albumie Małgorzaty Jackiewicz-Garniec i Mirosława Garnca Pałace i dwory dawnych Prus Wschodnich [Olsztyn 1999, s. 43].

Prawie stuletnią bytność rodu Krahmer w dobrach ziemskich w Drulitach zapoczątkował Jürgen Krahmer, kupiec z Hamburga, który w 1851 r. nabył ten majątek wraz pobliskim folwarkiem Tumpity od Adolfa von Bessera, właściciela Topolna Wielkiego k. Rychlik. Wkrótce podczas budowy Kanału Oberlandzkiego (dzisiaj Kanał Elbląski) otrzymał dalsze 300 mórg ziemi od królewskiego rządu pruskiego w zamian za odstąpienie części jeziora Piniewo.

W 1853 r. wybudował późnoklasycystyczny (w stylu hamburskim), stojący do dzisiaj pałac oraz założenie parkowe wzorowane na parku Lintropa w Berlinie. W podobnym czasie co pałac wzniesiono także liczne zabudowania folwarczne. Nowy właściciel przystąpił też z miejsca do rekultywacji zapuszczonej ziemi ornej, rozpoczął meliorację, odkwaszenie gleb itd. Nie doczekał jednak owoców swojej ciężkiej pracy, gdyż zmarł już w 1855 r. Majątkiem zarządzała dalej wdowa po nim wraz z najstarszym synem Emilem, a gdy ten także szybko zmarł (w 1859 r.) prowadziła gospodarstwo z najmłodszym synem Gustawem, który specjalnie powrócił z Ameryki Południowej.

Następny przedstawiciel tego rodu − doktor praw Robert Krahmer − miał w 1922 r. w Drulitach i Tompitach 586,64 ha ziemi, w tym 211 ha ziemi ornej, 82 ha pastwisk, 100 ha łąk i 40 ha lasu. W gospodarstwie hodowano rasowe konie – 65 sztuk − było także 118 krów i 300 owiec rasy Merinos. Uprawiano również zboża, kartofle, a 30−40 koni, tzw. remontów, sprzedawano rocznie na potrzeby wojska. Krótko przed wybuchem II wojny Drulity wraz z Tumpitami liczyły 234 mieszkańców.

Ostatnim właścicielem drulickiego majątku był dr Hans-Werner Krahmer (1901−1976). Jego matka, z domu Wertheimber, pochodziła ze starej, znakomitej żydowskiej rodziny bankierskiej z Frankfurtu nad Menem. 27 lutego 1933 r., a więc w dniu podpalenia Reichstagu, była obecna w Berlinie na ślubie swego syna z Greczynką Anną Protopapadakis, ale już wkrótce po pierwszych ekscesach nazistowskich uciekła do Paryża. Gdy w czerwcu 1940 r. pierwsze oddziały hitlerowskie stanęły u bram stolicy Francji − popełniła samobójstwo.

Kartka pocztowa z okresu 1930-1938. Pracownicy majątku w Drulitach, m.in. służąca Lina Liedtke. Ze zbiorów L. Słodownika

W okresie drulickim Hans-Werner Krahmer był zaprzyjaźniony m.in. z Marion hrabiną von Dönhoff, która w latach 1937−1945 zarządzała dobrami Fundacji Dönhoffów dla Biednych w pobliskich Kwitajnach, oraz z rodziną Martina von Perbandta z sąsiedniej Śliwicy.

Na uwagę zasługuje fakt, że starszy brat Hansa-Wernera, Kurt Krahmer, był przed wojną dyrektorem Dresdener Bank i w 1935 r., w wieku 35 lat, zginął w katastrofie pociągu między Pragą i Dreznem. Był żonaty z Alicją (Alix) Goldschmidt, córką Filipa (Philipp) Schey von Koromla wywodzącego się ze szlachty austriacko-węgierskiej, którego przodkowie pochodzili z rodziny żydów sefardyjskich zamieszkujących niegdyś Półwysep Iberyjski. Wychodząc za mąż po raz drugi, Alicja Goldschmidt poślubiła Guy de Rotschilda, głównego przedstawiciela linii francuskiej tego rodu.

W styczniu 1945 r. dr Hans-Werner Krahmer opuścił Drulity i osiadł początkowo w Krottenmühl nad jeziorem Simssee w Górnej Bawarii, między Rosenheim a Salzburgiem. Niedaleko stąd znajduje się miejscowość Marktl – miejsce urodzin Josepha Ratzingera, czyli papieża Benedykta XVI, następcy Jana Pawła II.

To właśnie dzięki swojej szwagierce Alicji (Alix) Goldschmidt-Rotschild, dr Hans-Werner Krahmer osiedlił się w 1948 r. w Normandii, gdzie w Reux P. Pont L’evéque zajął się zarządzaniem dobrami Goldschmidtów-Rotschildów.

Jeszcze kilka słów o żonie ostatniego właściciela Drulit, która, jak wspomniano wyżej, była rodowitą Greczynką. Otóż jej ojcem był Petros Emanuel Protopapadakis (31.12.1859−28.11.1922) − premier rządu greckiego po I wojnie światowej.

W prowadzonej od czerwca 1920 r. wojnie Grecji z Turcją, sprowokowanej przez „lisa z Krety” – poprzedniego premiera E. Venizelosa, który miał mocarstwową wizję „Wielkiej Grecji” − Grecja poniosła druzgocącą klęskę (w czasie tej wojny reporterem „Toronto Daily Star” był Ernest Hemingway). Winą za wszystko obarczono Petrosa E. Protopapadakisa i pięciu innych członków jego rządu (byli to: Baltadzis, Gounaris, Stratos, Theokis i Hadzanestis), wraz z którymi objął władzę pół roku przed klęską. Całą szóstkę skazano na śmierć i rozstrzelano w Atenach w dniu 28.11.1922 r.

Wdowa po rozstrzelanym Protopapadakisie zamieszkała z córką Anną w Berlinie. Niedługo potem wszyscy zostali zrehabilitowani, a w miejscu ich kaźni posadzono sześć cyprysów i wybudowano kościół pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego, zwanego jednak popularnie „Kościołem Sześciu” (grec. Ecclesia ton echsi). Dokładnie 50 lat później, w dniu 28.11.1972 r., w kościele tym odbyło się uroczyste nabożeństwo poświęcone rozstrzelanym. Ówczesny premier Grecji Konstandinos Karamanlis nazwał śmierć niewinnych sześciu „morderstwem politycznym”. Dodać należy, iż na wyspie Naxos, w małej miejscowości Apiranthos, gdzie urodził się Petros E. Protopapadakis, stoi dzisiaj jego pomnik.

Tak więc dzięki dawnym właścicielom Drulit – rodzinom von Schertwitz, von Wallenrodt, von Haake i Krahmer − przeszłość tego niepozornego majątku szlacheckiego ma wielowątkowy, niezwykle ciekawy i, śmiało można powiedzieć, europejski wymiar.

Lech Słodownik

Pierwodruk: „Magazyn Elbląski” 2010, nr 15, s. 24−26.

Drulity. Z cyklu „Wsie dawnego powiatu pasłęckiego”

Drulity (niem. Draulitten) − wieś w gm. Pasłęk, 410 mieszk. (2014), po 1945 r. popularnie „Orliniec”; położona w pobliżu trasy E-7 (Gdańsk−Warszawa), nieopodal Kanału Elbląskiego. W pierwszych zapisach źródłowych pojawia się jako Druwythen, Traulitte, Draulitten. Prof. J. Powierski twierdził, że nazwa Drulythen nie była dawna, gdyż wywodzi się ją od niemieckiego imienia Drull, ale najstarszy zapis Druwuthen (1435 r.) sugeruje tylko upodobnienie do tegoż imienia dawnej nazwy. Mogła ona także stać w związku z pruskim druwit („wierzyć”), z dodanym sufiksem –it-.

Pierwszy zapis lokacyjny dla Drulit pochodzi z 23 czerwca 1435 r., kiedy to Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego Paweł von Russdorf lokował tu wiernego Jakuba von Pynnaw na 18 łanach. Według metryki z 1531 r. był tu Christoff von Woygen – pan na Piniewie, który miał także Awajki, kupione za 200 marek. Od 1535 r. dobra rycerskie w Drulitach należą jako lenno do Georga von Schertwitza, którego potomkowie posiadali je później przez ok. 100 lat. Byli również w Barzynie, Kwitajnach i Klepinie. Wywodzili się ze starej niemieckiej szlachty z Łużyc, a w XV w. przybyli do Prus. Najpierw osiedlili się w Rydzówce i w Krasinie, a później w Krośnie. Byli także w Tylkowie (Scheufelsdorf) k. Szczytna, w Pasymiu i w Kruppen k. Morąga. Ostatnim z tego rodu był pułkownik wojsk królewskich Franz Anton von Schertwitz (zm. 14.5.1813 we Wrocławiu).

W dokumencie podatkowym z 1543 r. odnotowano, że Drulity to dobra liczące 19 łanów, do których należy również Czarna Góra, Rydzówka, Pólko, Dargowo i Talpity, przynależne do parafii w Zielonce Pasłęckiej.

W połowie XVII w. majątek przeszedł w posiadanie Zygmunta von Wallenrodt, który zapoczątkował pobyt tego rodu w dobrach do 1787 r., a więc przez około 150 lat. Wallenrodtowie mieli wówczas szereg dóbr w okolicy, m.in. w Pachołach, Świdach, Prakwicach i Królikowie k. Dzierzgonia. Sprawowali patronat nad kościołem w Starym Mieście, gdzie do dzisiaj znajduje się piękny kartusz trumienny z epitafium oraz herbem jednego z nich (i żony) z datą 1626. Kamienna płyta nagrobna przedstawiciela Wallenrodtów znajduje się także w kościele w Kwietniewie.

Na początku 1701 r. kapitan Adam E. von Wallenrodt otrzymał specjalny przywilej uprawniający do organizowania w Drulitach dwa razy w roku jarmarków na bydło i konie.

W latach 1787−1818 właścicielem majątku został porucznik George von Haake, ziemianin z Dargowa. Ród von Haake (Hake, Hacke, Hack) wywodził się ze starej szlachty brandenburskiej, wzmiankowanej już w 1355 r. koło Kostrzyna.

Jego syn Adolf von Haake (1790−1856) to jedna z ciekawszych postaci dawnego powiatu pasłęckiego. Był pierwszym starostą nowo utworzonego w 1818 r. powiatu i założycielem pierwszej gazety o zasięgu powiatowym −„Der Preußisch Holländer Kreisblatt” [Pasłęcki Dziennik Powiatowy]. Pierwszy numer ukazał się 11 marca 1833 roku. Był to jeden z najstarszych dzienników wydawanych w Prusach Wschodnich, drukowany początkowo w Morągu, a od 1834 r. w drukarni Römera w Pasłęku.

Adolf von Haake był najstarszym synem por. George v. Haake i Henrietty z domu von Bodeck – właścicieli sąsiedniej Barzyny. Po ukończeniu 15 lat studiował prawo na Albertynie w Królewcu. Następnie jako podchorąży trafił w Gdańsku do regimentu gen. von Tresckowa. Brał udział w wojnie przeciwko Napoleonowi, a po klęskach pod Jeną i Auerstädt w 1806 r. wrócił do Drulit. Gospodarzył z ojcem w majątku obejmującym Drulity, Tumpity, Piniewo i Dargowo. W 1813 r. ponownie znalazł się w wojsku, gdzie odznaczył się w korpusie gen. Bülowa i Yorcka. Po wojnie wrócił do Drulit, które w jej wyniku sporo ucierpiały. W 1815 r. ożenił się z hrabianką Friederike von Roedern. Po sprzedaży w 1818 r. Adolfowi von Besserowi Drulit i Tumpit, przeniósł się do Dargowa, gdzie zajmował się w dalszym ciągu rolnictwem. Po śmierci żony Fryderyki, która pozostawiła mu 5 dzieci, ożenił się ponownie w 1827 r. z Albertyną von Rosenberg, z którą miał 9 dzieci. W 1831 r. sprzedał Dargowo i przeniósł się do Pasłęka, gdzie mieszkał do 1842 r. Następnie, podpierając się dobrą znajomością prawa wyniesioną ze studiów, został początkowo urzędnikiem pomocniczym prezydenta rejencji w Królewcu Wißmanna.

Po odejściu z urzędu starosty pasłęckiego na kilka lat zamieszkał w Szwajcarii. Brał udział w wojnie Prus o Schleswig-Holstein w 1848 r., walczył w korpusie generała Tannscha i awansował do stopnia majora. Jako dowódca 9. szlezwicko-holsztyńskiego batalionu piechoty odznaczył się w kampanii 1849 r. Następnie wziął udział w wojnie krymskiej 1853−56, walcząc jako podpułkownik w legionie angielsko-niemieckim. Od 1856 r. był komendantem niemieckiego osiedla w prowincji Kap w Afryce Południowej, gdzie wspólnie z kolonistami z Niemiec założył miejscowość o nazwie Berlin. Tu też zmarł w 1858 r.

W 1851 r. Drulity i folwark w Tumpitach od Adolfa v. Bessera nabył Jürgen Krahmer, kupiec z Hamburga, którego rodzina pozostała tu do 1945 r. Podczas budowy Kanału Oberlandzkiego (dzisiaj kanał Elbląski) otrzymał 300 mórg ziemi od królewskiego rządu pruskiego w zamian za odstąpienie części jeziora Piniewo. Nowy właściciel przystąpił natychmiast do rekultywacji zapuszczonej ziemi ornej, rozpoczął meliorację, odkwaszenie gleb itd. Nie doczekał jednak owoców swojej pracy, gdyż zmarł w 1855 r. Majątkiem zarządzała wtedy wdowa po nim wraz z najstarszym synem Emilem, który jednakże zmarł w 1859 r., więc dalej prowadziła gospodarstwo z najmłodszym synem Gustavem, który powrócił z Ameryki Południowej.

W 1922 r. doktor praw Robert Krahmer miał w Drulitach 449 ha ziemi, w tym 211 ha ziemi ornej, 82 ha pastwisk, 100 ha łąk i 40 ha lasu. W gospodarstwie hodowano rasowe konie – 65 sztuk, było także 118 krów i 300 owiec rasy Merinos. Uprawiano przede wszystkim zboża, kartofle, a 30−40 koni, tzw. remontów, sprzedawano rocznie na potrzeby wojska. Krótko przed wybuchem II wojny Drulity liczyły wraz z Tumpitami 234 mieszkańców. Ostatnim właścicielem drulickiego majątku był dr Hans-Werner Krahmer. […].

***

Wieczorem 21 stycznia 1945 r. mieszkańcy Drulit oraz przebywający tu uciekinierzy z powiatu Angerapp (d. Darkiejmy, obecnie Oziersk w obwodzie kaliningradzkim) udali się w kolumnie wozów i zaprzęgów w kierunku stacji kolejowej Nowa Wieś Cierpkie, ale gdy przedostanie się zablokowaną drogą w kierunku Elbląga okazało się niemożliwe, wrócili do Drulit i poszukiwali ponownie drogi ewakuacji w kierunku na Lepno i Buczyniec. Tu jednak zostali zatrzymani i zawróceni przez sowieckie czołgi, których 16 dotarło do Kanału Elbląskiego.

W dniu 23 stycznia wieś zajęły oddziały sowieckie. Rozpoczęły się gwałty i grabieże. Zastrzelono m.in. będącą w połogu p. Wölk, a jej córkę Hannelore i dziadków wywieziono na Syberię, gdzie razem z Marie Kornblum zmarli w 1946 r. W czasie wywózki zginął m.in. nauczyciel Schönwald, inspektor Holst i wiele innych osób. Po wojnie pozostała w Drulitach Anni Kelbert i tu wyszła za mąż. Z Tumpit pozostała p. Tobarowski ze swymi córkami Minną i Fredą, które później wyszły za mąż za Polaków. Pozostał także mistrz cegielniany Paplowski i Kazimierz (Casimir) Stromski (zm. 1971).

Według relacji z 1945 r. „na pałacu w Drulitach powiewała polska flaga, a wszystko było całe i niezniszczone”. Wewnątrz na ścianach wisiały cenne obrazy olejne przodków rodziny Krahmer, były także zabytkowe, ciężkie meble w jadalni – podobne znajdowały się jeszcze w sieni. Zamieszkiwał tu Polak pełniący funkcję administratora majątku, który dość obcesowo obchodził się z przebywającymi jeszcze we wsi Niemcami. Później majątek należał do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Pasłęku.

***

Pałac w Drulitach został wybudowany w stylu późnoklasycystycznym (1853), w założeniu parkowym i krajobrazowym wzorowanym na parku Lintropa w Berlinie, fasadą zwrócony na północ, orientowany na rzucie prostokąta, z podjazdem i portykiem czterokolumnowym od strony północnej, podpiwniczony, murowany i otynkowany. Wnętrze dwutraktowe: na osi od północy hall wejściowy, oddzielony filarowymi arkadami o łukach prostych od dwóch bocznych, wąskich pomieszczeń, w których po prawej stronie znajdują się schody prowadzące na drugą kondygnację (mansardową). Po lewej – przejście do salonu leżącego za hallem, od strony ogrodu. Po stronie zachodniej dwie lokalności, po wschodniej – trzy. Fasada północna siedmioosiowa, dwukondygnacyjna (druga kondygnacja – mansardowa). Pośrodku trzyosiowy ryzalit, zwieńczony naczółkiem trójkątnym z owalnym oknem. Przed nim portyk wsparty na czterech kolumnach, na którym znajduje się balkon pokrywający podjazd. Elewacja obramiona na narożach pilastrami. Fasada południowa – analogiczna, ryzalit występuje tu silniej; dachy nad ryzalitem – siodłowe; nad korpusem – dach mansardowy z lukarnami, kryty dachówką esówką.

Na uwagę zasługuje zachowany układ folwarczny, m.in. odrestaurowany park z kortami tenisowymi. Jeden z czworaków (Insthaus) został po wojnie adaptowany na kaplicę. Na skraju lasu, w kierunku pochylni w Buczyńcu, znajdują się resztki cmentarzyka dworskiego i kaplicy. Była ona wybudowana z czerwonej cegły i znajdował się w niej grobowiec. Tylna ściana kapliczki wchodziła w ziemię. Rozebrał ją leśniczy z Buczyńca Masalski. Obecnie b. majątek ziemski w Drulitach należy do firmy Alfabond Systems z Warszawy.

Lech Słodownik

Skrót dziejów tej wsi przedstawiono w „Głosie Pasłęka” nr 5 (112) za maj 2000 r. oraz w „Nachrichten der Dorf- und Kirchspielgemeinschaft Grünhagen, Ostpreußen”, April 2004, Nr. 53, S. 8−9.

Adolf von Hake und sein dichterisches Talent 

Ehemaliger Gutsbesitzer von Draulitten, erster Landrat des Kreises Pr. Holland (1818-1842), Veteran von Jena und Waterloo, Oberstleutnant der Krimlegion auf Fort Murray, ab 1857 Oberstleutnant des 2. Regiments der Krimlegion in Berlin / Britisch Kaffraria  ̶ besaß auch dichterische Veranlagung. Sein Name taucht u.a. in der Geschichte der deutschen Literatur mit ausgewählten Stücken aus den Werken der vorzüglichsten Schriftsteller von Heinrich Kurz (Leipzig 1872, vierter Band) auf.

Weiter lesen...

Dichterisches Talent Adolfs wurde ebenfalls von Dietloff von Hake-Klein Machnow in seinem Buch über die Geschichte der Familie hervorgehoben. Der Verfasser der Monographie schrieb:

„Unter seinen vielseitigen Geistesgaben nahm eine reiche dichterische Veranlagung die erste Stelle ein. Eine Reihe von Dramen und Schauspielen, die von ihm erhalten geblieben sind und sich im Besitz seiner Nachkommen befinden, zeichnen sich durch eine wundervolle Sprache aus. Zu seinen literarischen Freunden gehörte u.a. Grillparzer, mit dem er in regem Briefwechsel stand. Nach seiner Rückkehr aus der Schweiz war er auch eine Zeit lang Mitarbeiter der damals jungen und viel angefeindeten Kreuzzeitung[1]„.

Im Jahre 1840 wurde Hakes Trauerspiel Sophonisbe in Blättern für literarische Unterhaltung[2] (Nummer 208 vom 26. Juli 1840) positiv rezensiert. Die Besprechung lautete wie folgt:

„Sophonisbe. Trauerspiel in einem Akt. Von A. v. Hake. Leipzig, Brockhaus 1839.

Mussten wir die vorhergehende Arbeit tadeln[3], so können wir diesem zwar sehr kurzen Produkt ein offenes Lob nicht versagen. A. v. Hake, dessen Name uns, so viel wir uns erinnern, zum ersten Male begegnet, weiß genau, was zu einer Tragödie erforderlich ist; ihm fehlt es nicht an Talent und nicht an der achtenswerten Bescheidenheit, die ein Talent ebenso beurkundet, als es schmückt. Einen Beweis davon gibt die kurze Dedikation an Grillparzer, worin der Dichter mit wenigen Worten den Fehler seines Dramas selbst zugesteht, zugleich aber auch mit Besonnenheit andeutet, was zu dessen Entschuldigung angeführt werden kann. Hake`s Sophonisbe ist nämlich als Tragödie nicht reif geworden, es ist eine bloße Skizze zu einem Trauerspiel, doch als solcher gebühret ihr fast das Lob der Vollendung.

Stuttgart, Württembergische Landesbibliothek, Cod. theatr. 2061
Stuttgart, Württembergische Landesbibliothek, Cod. theatr. 2061

Der Inhalt ist folgender: Syphar, Sophonisbes`s Gemahl, ist von Scipio und Masinissa besiegt worden, und Sophonisbe entschließt sich, den Masinissa durch ihre Liebenswürdigkeit zu entwaffnen. Masinissa erscheint, liebt Sophonisbe, allein diese wird auch von dem Krieger gefesselt. Sie entsagt nun ihrem Gatten und wird Masinissa`s Weib. Als Scipio diesen Hergang der Sache erfährt, ist er höchlich damit unzufrieden, er führt Masinissa zu Gemüte, dass Sophonisbe nicht ihm, sondern dem römischen Senat gehöre, dass sie als Siegesbeute nach Rom geführt werden, er selbst ihr aber entsagen müsse. Masinissa erkennt die Wahrheit in Scipio`s Worten und reicht Sophonisbe den Giftbecher. An der Leiche der Geliebten begrüßest der römische Feldherr den Bundesgenossen als Sieger über ihn selbst.

Stuttgart, Württembergische Landesbibliothek, Cod. theatr. 2061
Stuttgart, Württembergische Landesbibliothek, Cod. theatr. 2061

In würdiger, poetischer Sprache, in wohllautenden, doch keineswegs klingelnden Versen ist dieser reiche Stoff auf einigen 40 Seiten – nur zu kurz behandelt; dass aber dennoch die Hauptpersonen als entschiedene Charaktere vom Hintergrunde sich ablösen, erweckt nicht unbedeutende Hoffnung für die weitere Ausbildung des Verfassers. Seinem Vorworte zufolge dürfen wir größere Produktionen bald erwarten, denen wir nach dieser Probe mit Vergnügen entgegensehen. Zum Belege, wie gewandt und glücklich der Dichter die Sprache zu handhaben versteht, mögen folgende Verse noch hier stehen:

Sophonisbe (den Becher mit Schaudern ergreifend)

Kann dieser Kelch aus deinen Händen kommen,

Dann leer` ich ihn mit Wollust und Entzücken!

Ihr Götter schenket mir ein neues Leben;

O nein, da ward ich erst zur Welt geboren,

Als in der kalten, toten Brust die Liebe

Mit ihrem Sonnenhauch die Keime weckte;

Da starben ab des Hasses Wucherpflanzen,

Berechnung fiel in Staub und Trümmer nieder,

Und Weibertugend baute sich den Tempel u.s.w.

In dieser edlen und dabei einfachen Sprache, von welcher sich leicht noch bezeichnendere Proben anführen ließen, ist die ganze Tragödie geschrieben, die hiermit allen Gebildeten zur Beachtung empfohlen sei”.

Hakes Sophonisbe wurde ebenfalls in der Zeitung für die elegante Welt. Mode, Unterhaltung, Kunst, Theater vom 9. Juli 1841 (Nr. 132) rezensiert. Diesmal war die Rezension nicht mehr so gnädig, es wurde dem Autoren vorgeworfen, sein „Trauerspielchen“ sei „zu kurz, zu abrupt gehalten, um den Stoff in seiner Breite und Tiefe ganz erschöpfen zu können“. In der Szene, wo Masinissa seiner Geliebten den Giftbecher reicht, sei es stumpf und matt und Masinissa erscheine dabei „gar zu albern und Sophonisbe gar zu deutsch gemütlich und sentimental“. Als Beispiel wurden folgende Verse zitiert:

Mein Blick wird trübe – einmal noch in Deinem

Lass meine Seele schweigen – o ich liebte –

Ich liebte dich so heiß, so treu, so innig –

Gib deine Hand, gib sie als Sterbekissen u.s.w.

Dennoch zeuge das kurze Werk von dramatischem Talent des Verfassers. Das Trauerspiel sei „wacker versifiziert, nur etwas zu deklamatorisch“, habe „hier und da recht glückliche Züge und erhebt sich zuweilen zu einer echt dramatischen Erregtheit“.

Hakes Sophonisbe wurde im Buch Die Handschriften der Württembergischen Landesbibliothek Stuttgart (erster Band, Wiesbaden 1979) verzeichnet – es handelt sich dabei um einen von Ingeborg Krekler bearbeiteten Katalog der handschriftlichen Theaterbücher des ehemaligen Württembergischen Hoftheaters.

Dank der freundlichen Hilfe der Mitarbeiterinnen der Handschriftenabteilung der Landesbibliothek Stuttgart verfügt nun das Gutshaus Drulity über einige gescannte Seiten des Manuskripts, das sich in der Bibliotheksammlung in Form von drei Rollenheftchen unter der Signatur „Cod. theatr. 2061”, in einer Mappe im Quartformat (etwa Din-A5) befindet. Es ist eher zweifelhaft, dass es sich dabei um einen Beleg von Hakes Handschrift handelt – vermutlich wurde Sophonisbe von einem professionellen Kopisten für das Stuttgarter Hoftheater abgeschrieben.

Bearbeitet von Magdalena Żółtowska-Sikora

[1] Die Neue Preußische Zeitung, zumeist nach dem Eisernen Kreuz im Titel allgemein Kreuzzeitung genannt (wie später im Untertitel), erschien von 1848 bis 1939. Ihre Ausrichtung war sehr konservativ.

[2] Blätter für literarische Unterhaltung war der Name einer von 1826 bis 1896 erscheinenden Leipziger Literaturzeitschrift, die dem von August Friedrich Kotzebue gegründeten und 1820 von dem Verleger Friedrich A. Brockhaus erworbenen Literarischen Wochenblatt hervorging. Von 1826 bis 1853 erschien das Blatt täglich. Es enthielt zahlreiche Kritiken, Referate, Zusammenfassungen und Aufsätze, deren Autoren meist anonym blieben; Nummer 208 vom 26. Juli 1840 brachte eine ebenfalls anonyme Besprechung des Trauerspiels Sophonisbe.

[3] Gemeint wird Venedig im Jahre 1457 oder der Rache Macht. Historisches Trauerspiel in fünf Aufzügen von Ludovic. Leipzig, Rein 1839. Der Rezensent schrieb u.a.: „Dies Buch ist ein Stutzer, d.h. es tritt in einem prächtigen Kleide auf und enthält lauter Stroh, recht liederliches Stroh“.

Ród von Hake w Drulitach (koniec XVIII w. – pierwsza połowa XIX w.)

Ród von Hake należy do starej szlachty brandenburskiej. Doczekał się osobnej monografii w postaci pozycji książkowej autorstwa Dietloffa von Hake-Klein Machnow Geschichte der brandenburgischen Familie von Hake [Historia brandenburskiej rodziny von Hake, wyd. 1928].

Czytaj więcej...

Wedle niektórych źródeł 24 czerwca 1787 roku Boguslaw Heinrich von Wallenrodt sprzedał Drulity podpułkownikowi Georgowi Erdmannowi Ludwikowi von Hake. Zaznaczyć należy jednak, że w stanowiącym uzupełnienie do słynnego Almanachu Gotajskiego [Die Gothaischen Genealogischen Taschenbücher des Adels, wyd. 1763–1944] roczniku Jahrbuch des Deutschen Adels [Rocznik szlachty niemieckiej, Berlin 1896] jako pan na Drulitach (oraz Linow w powiecie Fischhausen, dziś Primorsk) figuruje już ojciec Georga – królewsko-pruski kapitan Moritz Friedrich von Hake (ur. 1696 – zm. 1756). To od niego brałaby początek drulicka gałąź rodziny von Hake (Haus Draulitten).

Herb rodu von Hake
Herb rodu von Hake

Syn Moritza Georg Erdmann von Hake (ur. 1738 – zm. 1812 w Drulitach), pan „na Drulitach, Tumpitach, Piniewie i Dargowie”, ożenił się 18 listopada 1779 roku z 18-letnią wówczas Henriette Karoline Albertine von Bodeck z pobliskiej Barzyny (Wiese). Henriette zmarła w roku 1790, w wieku 29 lat, osieracając dwoje dzieci: pięcioletniego syna Gustawa Adolfa Ludwika (ur. w 1785 w Drulitach, zm. w Dargowie w 1810) oraz niespełna siedmiomiesięczne niemowlę − Adolfa Wilhelma Erdmanna (ur. 1790 w Drulitach, zm. 1858 w Berlinie w Południowej Afryce), późniejszego gospodarza Drulit i pierwszego landrata starostwa pasłęckiego utworzonego w 1818 roku.

Po śmierci pierwszej żony Georg Erdmann ożenił się po raz drugi, poślubiając Sophie Charlotte von Bançels de Crés. Synowie z pierwszego małżeństwa wychowywali się wraz z kuzynem Johannem von Bançels, bratankiem macochy, który tak jak Adolf i Gustaw w późniejszym czasie brał udział w wojnach napoleońskich.

Wedle rodzinnych przekazów gościem w Drulitach bywał uwielbiany przez żołnierzy pruski feldmarszałek Gebhard Leberecht von Blücher, jeden z najważniejszych dowódców okresu wojen napoleońskich. Przyjaźnił się z Georgiem Erdmannem, a podczas wizyt w Drulitach miał bujać na kolanach małego Adolfa, co potraktować można jako swego rodzaju proroctwo na przyszłość. Niespokojne czasy, ale i równie niespokojny duch Adolfa sprawiły bowiem, że obok gospodarowania w majątku i sprawowania przez dwie dekady urzędu pasłęckiego starosty to wojaczka stała się główną treścią jego barwnego życia. Przyszły dziedzic Drulit jako młody żołnierz wielokrotnie przebywał w pobliżu Blüchera, dzięki czemu mógł podpatrywać sposób, w jaki charyzmatyczny feldmarszałek dowodził swymi ludźmi. Te umiejętności niewątpliwie przydały się m.in. wówczas, gdy u schyłku życia jako dowódca brytyjsko-niemieckiego pułku znalazł się w wirze akcji kolonizacyjnej na południu Afryki.

Oprac. Magdalena Żółtowska-Sikora

Bibliografia:

Dietloff von Hake-Klein Machnow, Geschichte der brandenburgischen Familie von Hake, erster Band, Görlitz 1928.

Jahrbuch des Deutschen Adels, hrsg. Von der deutschen Adelsgenossenschaft, erster Band, Berlin 1896.

Pasłęk pierwszej połowy XIX w. 

Jak w pierwszej połowie XIX wieku wyglądało życie mieszkańców Pasłęka – miasteczka położonego najbliżej Drulit? Na co chorowano, jak się bawiono i dlaczego niektórzy Pasłęczanie mieli zielone włosy − tego oraz wielu innych ciekawych rzeczy dowiedzieć się można z artykułu Magdaleny Żółtowskiej-Sikory opartego na relacji miejscowego medyka.

Czytaj więcej...

Pasłęk pierwszej połowy XIX wieku w oczach lekarza powiatowego Carla Gottfrieda Georga Creutzwiesera

W 1838 roku pismo „Vaterländisches Archiv für Wissenschaft, Kunst, Industrie und Agrikultur oder Preußische Provinzial-Blätter”, poświęcone szeroko pojętej kulturze Starych Prus (Altpreußen), opublikowało obszerną pracę Carla Gottfrieda Georga Creutzwiesera (1797−1861) Beiträge zu einer historisch-statistisch-medizinischer Topographie von Pr. Holland [Przyczynki do historyczno-statystyczno-medycznej topografii Pasłęka] (B. 19 i 20). Studium to nie przeszło w XIX wieku bez echa, o czym świadczyć może np. fakt, że m.in. do niego właśnie odwoływano się, opracowując hasło „Holąd Pruski” w Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich (1882, t. III, s. 98). Zapisy Creutzwiesera są częściowo znane także czytelnikom współczesnych prac poświęconych przeszłości Pasłęka; chętnie przypominano chociażby o utrwalonych w nich opisach eksploracji miejscowych tuneli. Zawarte w opracowaniu ustalenia historyczne usunęły w późniejszym czasie w cień inne poruszane przez autora kwestie, tymczasem on sam przywiązywał do nich nie mniejszą wagę.

Pasłęk około 1900 roku. Źródło: Der Kreis Peussisch Holland in Bildern, zusammengestellt und bearb. von Bernd Hinz, hrsg. von Kreisgemeinschaft Pr. Holland, 2. Auflage, Köln 2001.

Creutzwieser żywo interesował się kulturą regionu, zgodnie z duchem czasu parał się nawet układaniem wierszy, z których część ukazała się drukiem. Przede wszystkim był jednak praktykującym lekarzem, a swą pozycję zawodową umacniał publikacjami branżowymi, takimi jak podręcznik poświęcony sztuce położniczej. W Pasłęku praktykował od roku 1820. Dwa lata później został mianowany lekarzem powiatowym (tzw. Kreisphysikus), który to urząd piastował do roku 1835[1]. Z faktów tych wynika szczególna optyka charakterystyczna dla jego zapisów upublicznionych przez królewieckie pismo. Jako medyk miał dostęp do wszystkich lokalnych środowisk, obserwował, w jaki sposób Pasłęczanie różnych warstw społecznych pracują, świętują, odżywiają się, wychowują dzieci. Co więcej, należał do miejscowego „rodu lekarskiego”: jak podawał, Pasłęczan leczył już jego ojciec (od roku 1793) oraz dziad (od roku 1780).

Odmalowanie wiernego portretu obyczajowości małego, prowincjonalnego miasteczka – jego zwyczajów, namiętności, intryg, jak wszędzie przeplatających się z sobą myśli i czynów „tak podłych, jak i wzniosłych” – na pewno nie jest łatwym zadaniem dla człowieka, który nazywa je swoim miastem rodzinnym – pisał Creutzwieser. Przytłoczony taką wizją, abstrahując od ustaleń historycznych, postanowił zająć się ostatecznie głównie tym, co było mu najbliższe, czyli zdrowiem i higieną życia. Starał się m.in. dokładnie scharakteryzować poszczególne miesiące pod względem zapadalności na konkretne choroby, pochylał się nad wysoce problematycznym wówczas zagadnieniem list zgonów Pasłęczan, lecz mimo dążenia do naukowej skrupulatności nie tracił z oczu człowieka. Myślał o nim w sposób holistyczny, uważając, że lekarz powinien trudnić się nie tyle leczeniem, co sztuką uzdrawiania, a więc wykazywać się także umiejętnościami psychologa. Akcentował wpływ różnych dziedzin życia na kondycję fizyczną, ale i moralną, bo i ta nie była mu obojętna. Tym samym do omawianej publikacji przeniknął szereg uwag dotyczących obyczajowości, niekiedy niejako na marginesie głównego nurtu rozważań. Można jednak żywić nadzieję, że i owe „marginalia” okażą się dla dzisiejszych czytelników atrakcyjne w procesie kulturowej rekonstrukcji dawno przebrzmiałej codzienności Pasłęka i jego okolic.

***

Pasłęk, liczący około 1835 roku niecałe 4000 mieszkańców, nie wyróżniał się zdaniem Creutzwiesera niczym szczególnym na tle innych miasteczek prowincji pierwszej połowy XIX wieku: jak wszędzie praca była żmudna, a zajęcia, jakim oddawano się w czasie wolnym, typowe. Z rzadka tylko monotonię codzienności przerywało przybycie jakiejś podrzędnej trupy teatralnej. Zimową porą małomiasteczkowi notable (w tym autor), znudzeni brakiem rozrywki, sami podejmowali się niekiedy przygotowania amatorskiego przedstawienia, czemu towarzyszyło zresztą nieodmiennie uczucie niedosytu wobec efektu końcowego, wynikające z prowincjalizmu, którego „aktorzy” byli jak najbardziej świadomi. Wprawdzie dość często odbywały się rozmaite koncerty, lecz zaznajomiony z wielkomiejskimi atrakcjami lekarz nie omieszkał wskazać na ich zaściankowy charakter.

Nie narzekano z kolei na brak okazji do tańca, z którym niezawodnie łączyły się wszelkie chrzty, śluby, ale i cotygodniowe biesiady klasy robotniczej w karczmach. Pasłęczanie ówczesnej doby wirowali z zapałem w rytmie walca, lubowali się także w modnych wówczas galopadach, wystawiających organizm na prawdziwą próbę. Medyk właśnie w owych zabawach tanecznych upatrywał przyczyn przeziębień, zapaleń płuc, a nawet dny moczanowej i udaru mózgu. Z drugiej strony chyba z pewnym żalem odnotowywał, iż nie powiodły się podejmowane kilkukrotnie na przestrzeni lat próby spopularyzowania balów maskowych – ogół mieszkańców nie wykazał zainteresowania maskaradami. Ochoczo próbowano za to szczęścia w loteriach, choć Creutzwieser nigdy nie słyszał, by naprawdę szczodry los uśmiechnął się do któregoś z miejscowych.

W czasie gdy lekarz spisywał swe obserwacje, zarzucono już praktykowane wcześniej strzelanie do tarczy. Nadal z ochotą wyprawiano się natomiast na dłuższe spacery, np. do Robit czy Kopiny, organizowano wycieczki, zimą także saniami, np. do Elbląga, nad jezioro Druzno, do majątku Dawidy. Ulubioną rozrywką wszystkich warstw społecznych były kręgle; bilard cieszył się dużo mniejszą popularnością. Zabawiano się także grą w kości i w karty, choć autor zastrzegał, że nie może być tu mowy o prawdziwym hazardzie; jeśli już, to tylko wówczas, gdy impuls dawali ku temu przyjezdni. Niezależnie od tego, czy grano na pieniądze czy nie, spotkania karciane uważał Creutzwieser za rujnujące dla zdrowia, nieodłącznie wiązały się one bowiem z 4−6 godzinnymi „sesjami” w jednym z klubów, litrami piwa i grogu oraz ustawicznym paleniem w zamkniętych pomieszczeniach. „Nieprawdą jest, że tytoń to afrodyzjak!” – pouczał lekarz.

Niegdyś „Miasto słynęło z wyrobów swoich, piwo holądzkie […] daleki miało odbyt[2]”– czytamy w Słowniku geograficznym. W Pasłęku nie brakowało wyszynków, ale sława lokalnego browaru niestety już przebrzmiała. Creutzwieser ironizował nawet, że jeśli tylko ktoś ma dobry żołądek i jest sympatykiem cienkiego, kwaśnego napitku, zawsze znajdzie tu coś dla siebie. O tym, że masy pracujące Pasłęka nie przywiązywały większej wagi do jakości trunku, którym zwilżały gardło, świadczyć miały liczne dolegliwości występujące bezpośrednio po każdej niedzieli i każdym dniu świątecznym.

Miasto wyłaniające się z zapisków Creutzwiesera okazuje się na szczęście nie w każdym calu pospolite czy podupadające. Cechą zdecydowanie je wyróżniającą był wyjątkowo korzystny mikroklimat, dlatego autor poświęcił mu znaczną część swych dociekań, wyraźnie przeciwstawiając go niesprzyjającej aurze wiosek położonych nad nieodległym jeziorem Druzno. Mnogość uwag poświęconych w pracy zjawiskom pogodowym może dzisiejszego czytelnika nużyć, lecz pamiętać trzeba, że wynikała ona, po pierwsze, z naukowego charakteru pracy, po drugie – ze specyfiki ówczesnej doby. Rzeczywistość pierwszej połowy XIX wieku nakładała i na lekarza i na leczących się wiele ograniczeń. Jeszcze długie dekady trzeba było czekać na penicylinę, częściowo tylko rozumiano mechanizmy rządzące funkcjonowaniem organizmu, dodatkowo obyczajowość nie ułatwiała zadania (np. w przypadku kobiet, które latami zmagały się skrycie z chorobami układu rozrodczego). Tym skwapliwiej obserwowano rzeczywistość, wielką wagę przywiązując do nasłonecznienia, siły i kierunku wiatrów oraz wilgotności powietrza.

Podczas gdy naokoło leżał jeszcze głęboki śnieg, w samym Pasłęku nie było po nim już śladu. Zieleniejące pola kontrastowały z bielejącymi w oddali wzniesieniami, a podróżni, zwłaszcza polscy przewoźnicy i kupcy, którzy dotarli do miasta, pokonawszy wiele mil saniami, nie mogli się temu nadziwić. To właśnie położeniu miasta i związanemu z nim mikroklimatowi mieszkańcy zawdzięczali to, że rozprzestrzeniające się w całych Prusach Wschodnich zarazy obchodziły się z nimi raczej łagodnie (np. epidemie dyzenterii z lat 1806-1807 i cholery z roku 1831). Jako główny przykład Creutzwieser podawał epidemię dżumy z lat 1709-1710, która oszczędziła miasto. Fakt ten był rzeczywiście niezwykły na tle straszliwego żniwa, jakie zaraza zebrała w innych miejscowościach prowincji. O grozie tamtych dni zaświadcza chociażby poemat Michała Grodzkiego, rektora wsi Ciche w powiecie oleckim, rozpoczynający się od słów:

Miła pruska ziemio, łzami się oblewaj!

Rozżalże się, Boże! (mów) a smutnie śpiewaj.

Pomnij na to, jak śmierć czyściła te kąty,

Gdy pisano T y s i ą c  S i e d m s e t  i  D z i e w i ą t y[3].

Dobrodziejstwa klimatyczne i słynna na całą okolicę woda pitna nie były jednak w stanie zrekompensować wielu innych braków, te zaś sprawiły, że widok pasłęckiej ulicy czasów Creutzwiesera niekoniecznie zachwycał. Między dachami kamienic mocowano dawniej długie, drewniane rynny, które wyprowadzano wprost na ulice. Z ich powodu nocny spacer po nieoświetlonym mieście mógł być bardzo ryzykowny, jednak około 1835 roku natknąć się można było już tylko na kilka takich reliktów przeszłości; policja tępiła staromodne rozwiązania. Pasłęk mógł tylko pomarzyć o nowoczesnych latarniach, za to miał doskonałych brukarzy. Trudno było jednak w pełni docenić ich wysiłki, ponieważ ulice ustawicznie rozkopywano, kładąc rury wodociągowe, a zgodnie z odgórnym nakazem  w mieście zamiatano tylko dwa razy w tygodniu. Poza tym w czasie spisywania relacji lekarza powiatowego nadal nie wprowadzono zakazu trzymania trzody chlewnej w mieście. Świnie przemierzały więc Pasłęk, latem aż trzy razy dziennie. Z jednej strony pochłaniały zalegające odpadki, z drugiej pozostawiały oczywiste ślady swej bytności. Ostatecznie wybawieniem okazywał się deszcz i system rynsztoków.

Niewątpliwą ozdobą miasta były wedle medyka córki pasłęckiego patrycjatu: wysokie, szczupłe, obdarzone piękną skórą i wesołym usposobieniem. Lekarzowi-poecie przywodziły na myśl dojrzewające brzoskwinie, śpieszył jednak z wyjaśnieniem, że piękno ich zaświadcza jedynie o tym, czym dla ciała jest odpowiednie odżywianie, należyty ubiór oraz higieniczny tryb życia. Niestety urok najzamożniejszych Pasłęczanek dość szybko przemijał z powodu siedzącego trybu życia oraz braku wysiłku fizycznego. Oprócz rozpowszechnionej wśród wszystkich warstw społecznych tasiemczycy trapić je miała skłonność do występowania „histerycznych” skurczy podbrzusza oraz tzw. „blednica”, czyli niedokrwistość powodowana niedoborem żelaza, szpecąca skórę cierpiących na nią kobiet żółtozielonkawym odcieniem. Ne tę chorobę, podkreślał Creutzwieser, niemal nigdy nie zapadały młode kobiety z klasy średniej. Wnioskował, że chroniło je przed nią spędzanie dużej ilości czasu na świeżym powietrzu oraz praca przy wymagającym wysiłku kołowrotku, którą to dawno wyrugowano już z katalogu zajęć kobiecych w najzasobniejszych domostwach. Pod względem kondycji fizycznej najgorzej wypadały robotnice i służące. Niedożywione i przemęczone dojrzewały późno, często zapadały na białaczkę. Zdaniem lekarza w większości były grubawe, nieforemne, nieładne, a ich nogi niemal zawsze szpeciły zgrubienia i żylaki.

Jak wiadomo, wykonywanie poszczególnych rzemiosł nieodmiennie wiązało się z zapadalnością na konkretne choroby. Pasłęccy bednarze, introligatorzy, tkacze i młynarze, nieustannie wdychający różnego rodzaju pyły, cierpieli na astmę, „galopujące suchoty” (gruźlicę) i kłucia w klatce piersiowej. Szwaczki, krawcy i szewcy uskarżali się z reguły na boleści w dolnych partiach ciała, powodowane hemoroidami, zaparciami, obrzękiem nóg, skurczami żołądka. Dla browarników i piekarzy zabójcze były zmiany temperatur, zaś garbarze, kuśnierze i kapelusznicy, licznie obecni wówczas w Pasłęku, cierpieli na choroby skóry z powodu stałego kontaktu z substancjami chemicznymi. Na tle tego pokasłującego, zapracowanego tłumu „najbarwniej” prezentowali się kotlarze, blacharze oraz konwisarze[4], a to z powodu zielonkawych włosów – efektu kontaktu z parą zawierającą metale. Rzucający się w oczy wygląd był jednak sprawą całkowicie drugorzędną w stosunku do trapiących ich darć w okolicach serca, kłopotów z trawieniem i zawrotów głowy.

Dokładne przyjrzenie się trybowi życia mieszkańców miasta, zwłaszcza warstwy robotniczej, tłumaczyło, dlaczego w Pasłęku spotykało się tak wielu ludzi garbatych, naznaczonych krzywizną nóg, oszpeconych nienaturalnie pękatym brzuchem, wyjątkowo wybujałych bądź też, przeciwnie, osobliwie niskich. Słusznie najgłębszych źródeł tego stanu rzeczy lekarz powiatowy upatrywał już w okresie prenatalnym i niemowlęcym. Rzutował on na znaczną śmiertelność dzieci, ale i późniejszą ogólną słabowitość.

Uboższe kobiety ciężarne odżywiały się źle, pracowały ponad siły, spożywały alkohol. Mimo że w Pasłęku było w owym czasie pięć akuszerek, cieszących się powszechnie bardzo dobrą opinią, pomoc konieczna przy rozwiązaniu nadchodziła częstokroć zbyt późno. Położnice nie mogły raczej liczyć na szczególne względy rodziny i pracodawców, zbyt szybko dochodziło także do kolejnych ciąż wycieńczających organizm.

Sposób sprawowania opieki nad potomstwem był w owym czasie zdaniem Creutzwiesera naganny. Lekarz piętnował zatykanie ust krzyczących niemowlaków „smoczkami” w postaci kartofla albo materiałowego woreczka wypełnionego słodką breją. Prawdziwą zgrozą przejmował Creutzwiesera widok bezzębnych piastunek przeżuwających każdy kęs przed podaniem go dziecku, bowiem jedzeniem zmiękczonym „niezdrową śliną” zakażały nieświadomie nieszczęsną ofiarę chorobami „najbardziej obrzydliwymi”  i „niemożliwymi później do wytępienia”. Równie karygodny był wieczorny zwyczaj aplikowania płaczącym niemowlętom solidnej porcji syropu makowego powodującego otępienie i senność. „A potem pojąć nie można, jak to się stało, że chłopaczyna stał się taki głupkowaty, tak nierozgarnięty!” – notował medyk.

Zbyt wczesne zmuszanie do „nauki” chodzenia, polegającej na mocowaniu dziecka do kija i powodowaniu nim, przyczyniało się m.in. do powstawania szpotawości kolan, z kolei podawanie dzieciom wódki – z myślą o pokrzepieniu sił – rodziło cały szereg negatywnych skutków, z których pospólstwo w ogóle nie zdawało sobie sprawy i od kołyski przyzwyczajało dziecko do smaku alkoholu. W Pasłęku delirium tremens – „biała gorączka” – nie była wcale rzadkim zjawiskiem, i to nawet wśród warstw uprzywilejowanych. Lekarz stykał się z jej przypadkami wśród ludzi wykształconych, piastujących ważne urzędy, zwłaszcza odkąd rozpoczęto intensywną produkcję wódki kartoflanej. Jak twierdził, nie chciał moralizować, ale wprost wyrażał nadzieję na rychłe zawiązanie się w mieście towarzystwa wstrzemięźliwości na wzór północnoamerykański.

Szybko wyprawiane chrzciny kończyły się niejednokrotnie poważną chorobą dziecka. W domowych pieleszach łatwo było o oparzenia w kąpieli, nie mówiąc już o wypadkach, jakim ulegały nieco starsze maluchy, zamykane w izbie na czas nieobecności rodziny. Z punktu widzenia Creutzwesera niebezpieczne były nawet stosowane ówcześnie pieluchy. Szerokie na pół stopy, za to długie na 6, a nawet 20 łokci, służyły do ciasnego spowijania oseska. Omotane nią dziecko nie tylko nie mogło się swobodnie poruszać, ale nawet głęboko odetchnąć. W zamożniejszych domach moszczono je w kołysce na puchowej pierzynie i zarzucano warstwami kołderek i pledów, nieopodal stawiając dodatkowo kocioł z gorącą wodą. Nawiasem mówiąc, wśród majętniejszych mieszczan niejako do dobrego tonu należeć miało posiadanie jak największej liczby pościeli i piernatów. Zimą spano na trzech, czterech kołdrach, w powodzi poduch i jasieczków, pod brodę podciągając pierzynę tak potężną, że niemal niemożliwą do ruszenia z miejsca. „Biorąc pod uwagę, że rodzina składająca się z 6, 8 czy 12 osób często śpi w jednej izbie, a jesienią i zimą drzwi i okna pozostają szczelnie zamknięte, można dopowiedzieć sobie już całą resztę i łatwo zrozumieć, jak negatywnie odbija się na zdrowiu owa pierzasta moda” – kwitował medyk. Posłania biedoty miejskiej stanowiły z kolei worki powypychane słomą albo zapchlone leża wypełnione liśćmi, doprowadzane do porządku najwyżej raz do roku.

Egzystencja wyrobników naznaczona była forsowną pracą. Ledwie dziecko nauczyło się chodzić, donosił Creutzwieser, a już, zabezpieczone od śmierci głodowej kromką grubego chleba, wypychano je do lasu po chrust, na pole do podnoszenia opadłych podczas żniwowania kłosów, do zbierania jagód i truskawek. Wiosną zmuszano dzieci do brodzenia po pas w lodowatej wodzie w poszukiwaniu jaj czajek, zaś jesienią do brodzenia po kostki w błocie i wygrzebywania z ziemi pominiętych przy wykopkach kartofli.

Nic dziwnego, że lekarz bardzo chwalił obowiązek szkolny coraz intensywniej egzekwowany w całych Prusach, chroniący dzieci przynajmniej częściowo przed katorżniczą pracą, lecz wskazywał także, iż młodzież karmiona głównie kartoflami i zmuszona do siedzenia od godziny 7 do 17 w szkolnej ławie szybko nabawia się hemoroidów, a nawet zawału. Z uwag tych wyraźnie przebija troska lekarza o kondycję młodzieży, nie tylko fizyczną:

W czternastym roku życia następuje konfirmacja. Jeśli do tej pory dziecko niczego się nie nauczyło, nie nauczy się już nigdy. Ze swoimi odklepywanymi jak papuga sentencjami […] i modlitwami, z samym sobą nie mogąc dojść do ładu, młody człowiek wstępuje na naukę do jakiegoś majstra albo wegetuje jeszcze parę lat, prowadząc egzystencję zbliżoną pod względem moralnym do zwierzęcia, aż powołają go do wojska, otworzy się możliwość ożenku albo sposobność zostania robotnikiem dniówkowym. Tak oto − dokonało się. I powiedzieć o nim można słowami Gellerta[5]: żył, wziął żonę i umarł.

Dzieci z rodzin ubogich Pasłęczan całe lato biegały boso, źle karmione często zapadały na „chorobę królewską”, tj. skrofuły, gruźlicę węzłów chłonnych, i „angielską chorobę” – krzywicę. „Hartowanie”, polegające na wypuszczaniu dzieci z domu półnago, popularne było nie tylko wśród biedoty. O ile ubogich tłumaczył częściowo brak środków na odpowiedni przyodziewek, o tyle zamożniejsi w niewłaściwy sposób pojmowali dbałość o wzmacnianie organizmu, toteż obok warunków mieszkaniowych lekarz poświęcił osobne rozważania ubiorowi Pasłęczan.

Strój pasłęckiego mieszczanina ówczesnej doby składał się z koszuli, kamizeli, sukiennej kapoty, spodni z sukna lub ze skóry oraz wysokich butów z cholewami. Zimą noszono futra, w tym z wilka i lisa, choć te uchodziły raczej za artykuły luksusowe. Robotnikowi i służącemu za przyodziewek służyła zgrzebna obleka i baranie skóry.

Ówcześni lekarze propagowali następującą zasadę: „głowa zimna, podbrzusze nieskrępowane, stopy ciepłe”. Również miejscowy medyk ganił zwyczaj chronienia głów w kwietniu, a nawet w maju grubymi, wełnianymi czapami w połączeniu z brakiem dbałości o nogi ledwie osłonięte cienkimi pończochami, a nawet zupełnie nagie. Za godny pochwały uznawał natomiast fakt, że kobiety zaczęły przywdziewać ocieplacze przypominające spodnie. Ciasno sznurowane gorsety postrzegał jako bardzo niebezpieczny wymysł. Talię osy w zestawieniu z umieszczoną na pośladkach poduszką uważał za połączenie odrażające i jako lekarz cieszył się jedynie, iż wytwarzane w owym czasie gorsety nie były już tak barbarzyńskie jak niegdyś. Bez względu na postęp w technologii ich wykonywania wciąż przyczyniały się jednak do deformacji kobiecych ciał, złego rozwoju płodu, występowania wewnętrznych krwotoków i innych dolegliwości.

W Pasłęku lat 30. XIX w. nie wzbudzał oburzenia fakt, iż przybyły z Berlina pachołek, starający się o pracę u jednego z okolicznych właścicieli ziemskich, został bezceremonialnie wyrzucony za drzwi, gdy tylko odważył się poprosić o zwracanie się doń per „pan”, a nie „ty” lub w trzeciej osobie. Świadek tego zajścia, medicus Creutzwieser, z ironią wskazywał na budzące się ambicje coraz bardziej rozzuchwalonego plebsu, który to ogólnie uważał w Pasłęku za „nie najlepszy”.

Jaskrawy podział społeczeństwa znajdował oczywiste przełożenie na warunku bytowe miejscowych. Po okresie wojennych zawieruch początku XIX wieku wiele zabudowań popadło w Pasłęku w kompletną ruinę. Część z nich wyburzono z nakazu policji, lecz z braku funduszy w ich miejsce nie wznoszono nowych; lekarz powiatowy prorokował, że miasto będzie podupadać coraz bardziej. Mimo to wciąż nie brak było domostw zamożnych, przestronnych, osadzonych na głębokich fundamentach, posiadających widne kuchnie i poddasza umożliwiające skuteczniejszą interwencję w razie pożaru. W takich domach żyło się zdrowo i wygodnie. Krótkiego wyjaśnienia domaga się tu poruszona wyżej kwestia stłoczenia domowników w jednej izbie sypialnej. Problem ten dotyczył nie tylko biedoty, ale również zamożniejszych mieszczan zajmujących domy pochodzące jeszcze z końca XVII wieku i miał swe źródło w następujących zaszłościach: ci spośród dawniejszych Pasłęczan, którzy trudnili się głównie uprawą roli (Ackerbüger), parali się zwykle jednocześnie słodownictwem lub tkactwem. Domy wznosili z myślą o wykorzystaniu możliwie dużej powierzchni na warsztat i skład materiałów, stąd zaś wynikało ograniczanie części mieszkalnej do minimum.

Za czasów pracy Creutzweisera problemu nie stanowił już syfilis, który w okresie wojen napoleońskich i w latach krótko po nich zbierać miał tu hojne żniwo: „Teraz, chwała Bogu, miasto jest czyste, albowiem stare pokolenie wymarło”. Niezależnie od okoliczności istniał wszakże szereg chorób, które uparcie nie przestawały trapić Pasłęczan. Lekarz przez wiele lat obserwował, w jaki sposób na ich występowanie wpływa usytuowanie konkretnych domów. Notatki własne oraz ojca pozwoliły mu na sformułowanie szeregu prawidłowości. Jedną z nich było ustalenie, że mieszczanie żyjący w wyżej położonych partiach miasta powszechnie zmagali się z zapaleniami oczu i uszu, a nade wszystko – z gruźlicą. Pasłęczanie zajmujący budynki we wschodniej i północnej części miasta regularnie zapadali podczas suchych, mroźnych zim i wiatrów północno-zachodnich na zapalenia płuc, z kolei bytujący w brudzie i ciasnocie w części południowo-zachodniej chorowali z reguły na „gorączkę gastryczną” (tyfus), szkorbut i dyzenterię. Malarii niemal nie notowano wśród mieszkańców rynku, lecz wczesną wiosną grasowała ona wśród biedoty zajmującej wspomniane rejony. Podobnie świerzb (pomijając lata 1831−1833) tylko z rzadka opuszczał w Pasłęku swoje „brudne rewiry”.

Szczególnie nieprzyjemnie było na tzw. Nowym Mieście (Neustadt), nad którym niezależnie od pory roku unosić miał się nieznośny smród. Gnieżdżąca się tu biedota zajmowała liche, drewniane budynki przytulone do murów miejskich. Do domów tych szło się po chybotliwych kładkach, ryzykując upadek w gnojówkę. W jednej izbie bytowały nieraz 2−3 rodziny, na noc chronił się w niej też żywy inwentarz: warchlaki, kury, króliki, gołębie. Pod łóżkami, w specjalnie wyżłobionych zagłębieniach, składowano zapasy kartofli na zimę. Najtrudniejszy czas nastawał tu niewątpliwie wraz z chorobą i śmiercią jednego z mieszkańców – z braku miejsca przez długie trzy dni i noce izbę dzielono ze zmarłym.

Od lat 20. XIX w. notowano w Pasłęku wzrost przyrostu naturalnego oraz zmniejszenie się śmiertelności. Nie zmienia to faktu, że lekarz powiatowy, postrzegający zdrowie człowieka w kategoriach bezpośrednio połączonych ze sobą naczyń ciała i ducha, za istotne uznał uwypuklenie w prasie naukowej niepokojąco nasilającego się w mieście zjawiska starokawalerstwa i staropanieństwa. Synowie lepiej sytuowanych mieszczan wysyłani byli na nauki do innych miast, znajdowali zatrudnienie daleko od domu bądź powracali w rodzinne strony już ożenieni. Od czasu ukończenia prac nad nowym odcinkiem głównego traktu berlińsko-królewieckiego, który nie biegł już przez samo miasto, Pasłęk popadł w znaczną izolację. Rzadziej zajeżdżał tu pocztylion, rzadziej gościli przyjezdni, czego skutkiem były straty nie tylko natury materialnej. Ogólny brak nervus rerum, jak ówcześnie określano gotówkę, utrudniał pasłęckim rodzinom wojaże mogące zaowocować nowymi koligacjami. Ostatecznie Creutzwieser stwierdzał: „Ludzie żenią się tu między sobą, nie zważając na żadne konsekwencje”.

Wcześniej w mieście istniał garnizon, lecz w roku 1820 jego załoga opuściła miasto. Brakowało przemysłu zdolnego przyciągnąć nowych robotników oraz dać utrzymanie synom miejscowych, czekającym na schedę po rodzicach. Z braku lepiej płatnej pracy, ale i miejsca w rodzinnym domu, wielu Pasłęczan odwlekało decyzję o ślubie, przy czym pewną rolę odgrywał także obowiązek służby w pruskiej armii. Tak oto „wieczne narzeczeństwa, rujnujące zdrowie fizyczne i moralne”, niszczycielsko wpływały na pasłęcką młodzież, zwłaszcza na płeć piękną. Miłość i uroda przemijały, a miejsce ich zajmowała wymagająca interwencji lekarskiej „histeria”. Osobną kwestią było wiązanie węzłem małżeńskim młodej, zdrowej dziewczyny i niedomagającego starca. Zniesmaczony Creutzwieser wskazywał na fałszywą radość okazywaną przez weselników „młodożeńcom” i dowodził, że higiena życia publicznego winna mieć na uwadze przede wszystkim uszlachetnianie rodzaju ludzkiego. Postulował, by silne i piękne, niezdeformowane fizycznie i moralnie łączyło się z tak samo pięknym i krzepkim, toteż z radością przywitałby nawet odpowiednie ustawy w tej sprawie.

Medyk przyznawał, iż czy to z powodu przeciążenia pracą, czy chłodniejszego klimatu, „mniej burzącego krew”, pasłęcka biedota nie wypadała źle pod względem „rozpustnej, zwierzęcej chuci” na tle podobnych małomiasteczkowych społeczności prowincji. Creutzwieser nie mógł się jednak oprzeć ogólnemu wrażeniu postępującego upadku obyczajów, który to dopełniać miał kwestię mniejszej niż kiedyś liczby zawieranych małżeństw.

W piśmiennictwie wschodniopruskim XIX wieku za zepsucie moralne tradycyjnie obarczano winą naród francuski. Lekarz powiatowy przyznawał wprawdzie, że nie brak było Francuzów zdolnych do myśli i czynów szlachetnych, lecz i on tłumaczył zanikanie wieńczonej ślubem czystości myśli bezbożnością francuskiej galanterii i kokieterii. Z myśleniem racjonalnym mieszała się u pasłęckiego autora nostalgia za przysłowiowymi dawnymi, dobrymi czasami wraz z ich surową i wymagającą, ale klarowną etyką. W tym duchu przypominał Creutzwieser, iż kilka dekad wcześniej upadła dziewczyna stałaby przez kilka niedziel przed kościelnym ołtarzem, czyniąc w parcianej koszuli publiczną pokutę, nie ważąc się ozdobić głowy mirtowym wiankiem, a dziś – wkłada we włosy kwiat pomarańczy i staje na ślubnym kobiercu. Lekarz zastrzegał, że nie pragnie powrotu szubienic czy pręgierza, tęskni jedynie za dawnym odczuciem moralności, za głęboko uwewnętrznioną niegdyś odrazą do czynów wszetecznych. Strach przed hańbą „czynił nas ostrożniejszymi, chłodniejszymi, bardziej rozważnymi” , notował, stąd też westchnienie: Plusque ibi boni mores valent, quam alibi bonae leg es[6].

W omawianym okresie Pasłęk był miastem niejednorodnym pod względem wyznaniowym. Zdecydowanie dominowali tu luteranie, lecz obok nich egzystowali katolicy, mennonici i wyznawcy kalwinizmu. Wedle relacji miejscowego lekarza około 1800 roku nie było w mieście Żydów; celem załatwienia interesów mogli zatrzymać się tu jedynie na kilka dni, i to w wyznaczonej karczmie położonej poza murami miasta. Przełomowe zmiany w sytuacji społeczno-prawnej Żydów wschodniopruskich przyniosła dopiero epoka napoleońska. Ustawodawstwo francuskie, uderzając w feudalny porządek społeczny, również w Prusach stworzyło podstawy prowadzące ku równouprawnieniu ludności wyznania mojżeszowego. Krokiem naprzód była ordynacja miejska (Städteordnung) z dnia 19 listopada 1808 roku, dająca Żydom możliwość uzyskania obywatelstwa miejskiego, lecz dopiero reforma z 1812 roku, znosząc szereg ograniczeń, przewidziała przyznanie im szerszych praw[7]. „Obecnie – notował lekarz w pracy z 1838 roku – w mieście mieszka około 40 rodzin [żydowskich], zajmując najpiękniejsze domy”. Żydzi zwracali uwagę higienicznym trybem życia, bardzo chwalonym przez lekarza, który wskazywał, iż właśnie wśród nich znajdują się najzdrowsi i najdłużej żyjący mieszkańcy miasta. Z aprobatą wzmiankował także, że wielu pasłęckich kupców i handlarzy wyznania mojżeszowego (tylko nieliczni parali się rzemiosłem i uprawą roli) posyła synów do szkół chrześcijańskich, gdzie ci wykazują się pracowitością i błyskotliwością umysłu.

Niezależnie od konfesji już wówczas trudno było natknąć się wśród Pasłęczan na osoby, które nie potrafiły liczyć, czytać i pisać. Z jednej strony Creutzwieser chwalił miejscową ludność za jej ogólny poziom umysłowy (chodziło, rzecz jasna, o ogólną zdolność zdroworozsądkowego myślenia), z drugiej zaś odnotowywał, iż podczas gdy pasłęcka elita podatna była na wpływy wolnomyślicielskie – esprit libre − niższe warstwy głęboko tkwiły w mrokach zabobonu. Fakt ten nie stał w sprzeczności z tłumnym uczestnictwem w nabożeństwach i deklarowaniem głębokiej pobożności. Wieloletnie starania oświatowe, w tym ofiarna praca superintendenta Jedoscha, przyniosły zatem ograniczone rezultaty.

Wiedza o różnego rodzaju zabiegach przynoszących ulgę w cierpieniu przechodziła w rodzinach z pokolenia na pokolenie. Udręczony chorobami lud szukał pomocy u miejscowych zielarzy, czarowników, zamawiaczy i uzdrowicieli. Wielkim zaufaniem maluczkich cieszyła się miejscowa wróżbitka wydająca wyroki o stanie zdrowia na podstawie uryny. Dopiero gdy w swych zabiegach zaczęła na szerszą skalę wykorzystywać opium, zainteresowały się nią władze. „Po dwukrotnym zapłaceniu kary nadal praktykuje” – donosił lekarz. Z wyraźnym rozgoryczeniem wzmiankował o własnych próbach ukrócenia znachorskiego procederu[8], pisał też o opieszałości władz w ściganiu wyłudzających pieniądze szarlatanów i w wymierzaniu im kar, nieadekwatnych zresztą do wagi popełnianych postępków.

Pewne wyobrażenie o zabiegach z pogranicza medycyny naturalnej i praktyk magicznych stosowanych przez Pasłęczan dają akapity poświęcone wściekliźnie, która budziła w mieście postrach, choć Creutzwieser osobiście nigdy nie zdiagnozował wystąpienia tej choroby u człowieka. Miejscowi ulicznicy urządzali prawdziwą masakrę, gdy tylko dostrzegli psa mającego choć odrobinę piany przy pysku. Zaalarmowany medyk stosował oficjalnie zaaprobowane środki zapobiegawcze, lecz lud mimo to wolał zasięgnąć porady rakarza czy miejscowej szeptuchy, wytwarzającej specyfik przeciw wodowstrętowi z pancerzy chrabąszczy lub raków albo krwi kozła zmieszanej z liściem bobkowym i grzanym piwem. Znana była praktyka prewencyjna polegająca na wycięciu zwierzęciu podejrzanemu o wściekliznę kępki sierści i przyłożeniu jej do rany. Niekiedy wydobywano psie serce, smażono je i spożywano.

Najważniejszymi roślinami wykorzystywanymi przez Pasłęczan w ziołolecznictwie były czarny bez oraz masowo porastający piaszczyste brzegi rzeki Wąskiej przetacznik, którego świeże kwiaty stosowano także przy wypłaszaniu szczurów. Poza tym medycyna, i to nie tylko ludowa, stała sadłem zwierzęcym. W kuracjach wykorzystywano głównie świeże, nieprzetworzone sadło gęsie; sam Creutzwieser twierdził, że stosował je z powodzeniem w leczeniu różnych dolegliwości, w tym zmian rakowych. Po sadło zajęcze sięgano w przypadku żywych ran i wrzodów, zaś sadłem psim posługiwano się, podobnie jak wędzonymi płucami lisa, jako środkiem leczącym gruźlicę. Do żelaznego asortymentu aptecznego należało w Pasłęku nie tylko sadło bocianie[9], borsucze, niedźwiedzie, a nawet sadło węża i muchy. „Lecz zostawmy to! Wiara czyni cuda” – powiada Creutzwieser, wskazując jednocześnie, że aptekarz, aby prosperować, musiał dopasować się do miejscowych wyobrażeń.

Za godne pochwały lekarz uważał wysiłki wkładane przez miejscowych w pielęgnację ogrodów, które „prowadzi się tu jak najstaranniej, a tam, gdzie tylko pozwalają na to środki, w sposób wysmakowany, z wyczuciem artyzmu […]”. Szczególnie warta uznania była gorliwa dbałość lokalnej wspólnoty o drzewa owocowe, ich nowe nasadzenia i uszlachetnianie. W relacji Creutzwiesera miasto jawi się wręcz niczym miniaturowe zagłębie sadownicze, rokrocznie wysyłające transporty owoców do Elbląga, Gdańska, a nawet do Rosji. Oprócz jabłoni uprawiano czereśnie hiszpańskie, mniejszą wagę przykładano do uprawy śliw, zaś nasadzeń pigwy nie było w Pasłęku w ogóle. Pod względem uprawy warzyw miasto było niezależne od Żuław, ponieważ posiadało własne ogrody, w których obok szparagów, buraków, kalafiorów i cebuli uprawiano przede wszystkim kapustę oraz ziemniaki. Wśród zbóż dominowało żyto, w dalszej kolejności uprawiano jęczmień, owies, pszenicę, groch i fasolę. Soczewicy i konopi nie uprawiano w ogóle, natomiast uprawa lnu udawała się raczej dobrze. Buraki cukrowe były nowinką, która nie zdążyła się jeszcze zadomowić. Rzepak wprawdzie zaczęto uprawiać, ale nie przetwarzano go na miejscu, ani myśląc o założeniu olejarni. Pasłęczan ogólnie cechować miało typowe dla małych, zamkniętych społeczności silne przywiązanie do tradycji, a co za tym idzie, niechęć wobec tego, co nowe, toteż wysiłki wkładane w zainteresowanie miejscowych nasadzeniami drzew morwowych i hodowlą jedwabników przynosiły nader marne rezultaty.

Creutzwieser odnotowywał, że wśród Pasłęczan byli pracowici rolnicy idący z duchem czasu. Obraz miejscowej gospodarki rolnej lat 30. XIX wieku zdominowany był jednak przez mocno doskwierający brak środków finansowych na uprawę pól. Bywa, powiadał lekarz, że pola nie nawozi się nawet przez 10 lat. Aby nie leżało odłogiem, wciąż obsiewa się je jęczmieniem, co z kolei do reszty wyjaławia glebę. Za symbol owych problemów uznać można opisywane przez lekarza wynędzniałe konie używane do prac polowych w zastępstwie o wiele kosztowniejszych wołów. Wychudłe, liniejące, apatyczne, żywione nie owsem i sianem, a słomą grochową, nieraz oślepłe szkapiny kupowano na targu często za cenę kwarty kwaśnego piwa albo wódki.

Sytuacja najwyraźniej nie była jednak na tyle katastrofalna, by udało się rozpropagować spożywanie orzechów buczynowych i żołędzi. Próby tego typu kończyły się nieodmiennym: „mój ojciec tego nie czynił, zostanie więc po staremu, bo i on z głodu nie umarł”. Podobnie rzecz się miała z wykorzystaniem opadłych liści, których można było używać zdaniem lekarza jako materiału opałowego bądź nawozu:

W Hanowerze, Brunszwiku, w Westfalii i w całej Francji – pisał – lasy zamiata się miotłą […]. I my dojdziemy do tego, jednakże dopiero wówczas, gdy bieda nas przymusi, gdy wyczerpie się zasób drewna opałowego naszych lasów. Smutne, że to, co piękne, pożyteczne i dobre, zależy od siły przymusu […].

Wedle zapisów lekarza w hodowli największe znaczenie odgrywały krowy mleczne oraz świnie. Miejscową wołowinę lekarz uznawał za niesmaczną, żylastą, wręcz niejadalną, ponieważ z ubojem zwlekano zbyt długo, licząc na zyski z udoju mleka. Jagnięcina uchodziła za absolutny rarytas. Osłów i kóz nie trzymano w ogóle. Najpopularniejszym mięsem spożywanym przez wszystkie warstwy była wieprzowina oraz gęsina. Od dnia świętego Marcina (11 listopada) aż do Bożego Narodzenia miasto żyło kupnem gęsi, patroszeniem, peklowaniem, a lekarz nie nadążał z niesieniem pomocy amatorom pływającego w tłuszczu mięsa.

Creutzwieser podkreślał silne związki emocjonalne miejscowych z rodzinnym miastem. I jemu zdarzyło się określić Pasłęk mianem „kochanego”. Tęsknota za „bliższą ojczyzną” kończyła się w niektórych przypadkach niebezpiecznymi napadami melancholii, które uleczyć mógł dopiero powrót w rodzinne strony.

Lekarz charakteryzował swych ziomków ogólnie jako ludzi radosnych – „sangwinicznych” – i serdecznych, czułych na niedolę bliźniego, dawniej wręcz znanych szeroko ze swego poczucia humoru. Wskazywał jednak, że trudności ostatnich dekad bezpośrednio przełożyły się na stosunki międzyludzkie, które stały się na zewnątrz bardziej oficjalne i pozbawione spontaniczności. Żyło się w kręgu najbliższej rodziny i ustalonego kręgu znajomych. Pamiętać przy tym należy, że omawiana relacja dotyczy okresu zwanego w kulturze niemieckiej biedermeierem[10], który jako styl w sztuce, literaturze i architekturze, ale i pewien określony styl życia gloryfikował takie mieszczańskie wartości, jak rodzina, „przytulność”, pracowitość, skromność, poczciwość. Jedną z części składowych owej kultury był patriotyzm i bardzo silne przywiązanie do domu panującego.

Z pracy pasłęckiego lekarza powiatowego wyłania się portret społeczności silnie rozwarstwionej, dręczonej rozmaitymi chorobami i znużonej ciężką pracą, która jednak zdążyła już nieco okrzepnąć po kampaniach wojennych początku wieku. By uzmysłowić sobie, jak trudne to były czasu, dość wspomnieć, iż od stycznia 1807 do końca 1808 roku spoczął na Pasłęczanach ogromny ciężar wyżywienia wrogich oddziałów dowodzonych przez księcia de Ponte Corvo i marszałka Bernadotte. Francuzi przebywali tu także przez większą cześć 1812 roku, zagarniając woły, konie i wozy. Na domiar złego wynędzniałe resztki Wielkiej Armii francuskiej, wracające w niesławie spod Moskwy, przywlokły do Pasłęka tyfus. W roku 1813 postrach siały oddziały kozaków, zaś lata 1807, 1809, 1811 i 1819 naznaczone były pomorem bydła. W lipcu 1831 roku wezbrała rzeka i zalała całe dolne miasto. Mocno podupadły Pasłęk został wprawdzie podniesiony do godności miasta powiatowego (1818), ale jego mieszkańcy z niepokojem patrzyli w przyszłość, wspominając czasy, gdy panował tu większy ruch i dobrobyt. Obecnie z nadzieją wyczekiwano dorocznych jarmarków, zaś opowieści o zawijających dawniej do Pasłęka statkach słuchano niemal jak baśni.

Creutzwieser przypomina przecież i o chwilach radości, prostego szczęścia. Najmilszy był niewątpliwie okres wiosny i wczesnego lata, w maju rozpoczynał się bowiem sezon gry w kręgle i czas kąpieli w rzece, amatorzy gier karcianych przenosili się z zadymionych, dusznych sal do altan, zaś czerwiec przynosił oddech lekarzom i aptekarzom – choroby zdawały się na chwilę odpuszczać. Rokrocznie zadziwiał widok schorowanych, zniedołężniałych starców, którzy choć z trudem, to jednak opuszczali domostwa, by udać się na zamkową promenadę, wygrzać się w słońcu i zaczerpnąć sił.

Mimo przemian społeczno-politycznych i obyczajowych pewne wymiary życia pozostają na przestrzeni wieków niezmienne. Tak samo jak dawni Pasłęczanie współczesna społeczność miasta co roku z nadzieją wygląda ciepłych, czerwcowych dni.

Magdalena Żółtowska-Sikora

Pierwodruk: „Głos Pasłęka” 2013, nr 2-5.

[1] W roku 1835 powołano go do Królewca na stanowisko tzw. Stadtphysikusa, czyli lekarza miejskiego, zaś jego następcą w Pasłęku został dr Hildebrandt.

[2] Odbyt – zbyt.

[3]M. Grodzki, Poemat opisujący mór w Prusiech roku 1709, Kalendarz Królewsko-Pruski ewangielicki” 1886, s. 127.

[4] Konwisarze: rzemieślnicy trudniący się odlewaniem wyrobów z cyny.

[5] Christian Fürchtegott Gellert (1715−1769) – niemiecki pisarz i poeta, filozof moralności.

[6] Łac.: I więcej tam znaczą dobre obyczaje niż gdzie indziej dobre prawa (Tacyt).

[7] Więcej na ten temat zob. J. Jasiński, Historia Królewca, Olsztyn 1994, s. 174.

[8] Zwierzchnicy dali Creutzwieserowi wyraźnie do zrozumienia, by nie mieszał się w sprawy wykraczające poza jego obowiązki, więc lekarz, który wcześniej podjął się nawet roli detektywa-amatora, złożył broń.

[9] O sadle bocianim przeczytać można także w źródłach polskich: „Mięso bociana jest czarne i lubo do jedzenia niekoniecznie zdatne, prości go jednak ludzie jadają. Sadło bocianie do lekarstw zażywane bywa. Starego żywcem złapać bardzo trudno, w innej zaś potrzebie strzela się”. Zob. Krzysztof Kluk, Zwierząt domowych i dzikich, osobliwie krajowych, historii naturalnej początki i gospodarstwo. Potrzebnych i pożytecznych domowych chowanie, rozmnożenie, chorób leczenie, dzikich łowienie, oswajanie, zażycie; szkodliwych zaś wygubienie, T. II, O ptactwie, Warszawa 1779, s. 267.

[10] Biedermeier był epoką datowaną na okres od Kongresu Wiedeńskiego do Wiosny Ludów. Nazwa została zaczerpnięta z utworów Ludwiga Eichroda, których fikcyjny bohater uosabiał cechy typowego niemieckiego mieszczanina.

Boże Narodzenie w Barzynie

Dobra ziemskie w Drulitach i położonej nieopodal Barzynie (Wiese) łączyły nie tylko stosunki sąsiedzkie, ale, bywało, również rodzinne. Dawnej mieszkance dworu w Barzynie, Marcie Aegidi z domu von Sanden, zawdzięczamy unikatowe wspomnienia obejmujące lata 1846−1860 i przedstawiające życie codzienne w średniej wielkości wschodniopruskim majątku.

Czytaj więcej...

Boże Narodzenie w Barzynie
Wspomnienia ze wschodniopruskiego dworu z lat 1846−1860

We dworze w Barzynie oczekiwanie na Boże Narodzenie rokrocznie wypełniały te same, z dawna ustalone czynności. W oczach dzieci czas ten datował się od dnia, w którym wszystkie ręce zdatne do pracy rozpoczynały gromadne zwijanie ogromnych kłębów wełny i dzierganie skarpet, szali i rękawic. Odtąd liczne rodzeństwo von Sanden nieustannie dopytywało niani – centralnej postaci dziecięcego świata – ile dni pozostało do świąt. Drugim istotnym momentem znaczącym wielkie wyczekiwanie był dzień, w którym otoczona doradcami matka – Maria Gottliebe Camilla z domu von Hülsen (1819−1895), przez autorkę określana pieszczotliwym mianem Mamachen – nanosiła tajemnicze znaki na płachty papieru, przerzucała kłęby farbowanej wełny, zasięgała porad przywołanych tkaczy. W przybudówce dworu zaczynały terkotać krosna, a dźwięk ten nieodmiennie stanowił wyraźny sygnał, że święta naprawdę się zbliżają.

Karta tytułowa wspomnień Marthy Aegidi

W kolejnych dniach matka dwanaściorga dzieci stawała się „jeszcze bardziej niedostępna, wspaniała i imponująca niż zwykle” – oto nadchodziło świniobicie. Ubrana w wielki biały fartuch, z błyszczącym nożem w ręku, jawiła się „niczym antyczna kapłanka szykująca się do złożenia ofiary”. Zawiadywała ćwiartowaniem: zaznaczała miejsca cięć i decydowała, które porcje mięsa należy natrzeć solą i saletrą, które przeznaczyć na wędliny, a które do szybkiego spożycia; na końcu rozdzielała mięso i tłuszcz między pracowników folwarcznych. Jeszcze kilka dni po świniobiciu kuchnia pracowała pełną parą, dom wypełniały zapachy przypraw, a na kolację serwowano ociekające tłuszczem kiełbaski.

W bożonarodzeniowych wspomnieniach Marthy Aegidi szczególne miejsce zajmują wieczory spędzane przez rodzinę w dobrze ogrzanym salonie, przy zamkniętych okiennicach i pohukiwaniu wichru w kominie. Dzieci zaopatrzane w świeżą wodę, orzechy i jabłka zasiadały w towarzystwie rodziców przy długim stole; każdy trudził się nad gwiazdkowymi podarkami, starannie strzegąc swych tajemnic za pomocą parawanów z porozstawianych na stole książek. Przygotowywano pierwsze samodzielnie wydziergane skarpetki, zakładki do książek, wykałaczki z gęsich dudek owijane jedwabną nitką lub fidybusy – zwinięte i nawoskowane kolorowe kawałki papieru służące do zapalania fajek. Ojciec − Bernard Wilhelm baron von Sanden-Tussainen (1817−1874) − czytał na głos legendy i baśnie, Przypadki Robinsona Kruzoe, powieści Karola Maya i Waltera Scotta, a także Iliadę i Odyseję, lecz z nastrojem bożonarodzeniowego oczekiwania dzieciom z Barzyny szczególnie kojarzyły się Opowieści Skórzanej Pończochy Jamesa F. Coopera w opracowaniu dla dzieci. Autorce wspomnień zapadło w pamięci, że w najciekawszym momencie nieodmiennie pojawiał się kamerdyner, by obwieścić: „Podano do stołu”. Z niechęcią przechodzono do zimnej jadalni, tzw. Zielonej Sali, na kolację.

Kolejną oznaką zbliżania się świąt było pieczenie pierników, które układano w koszach na bieliznę, a następnie odstawiano do wyschnięcia na piec w pokoju dziecinnym, czym wystawiano silną wolę jego mieszkańców na wielką próbę. Teraz już cały dom żył przygotowaniami. Przed dziećmi kolejno zamykały się drzwi szwalni i kuchni, zakazywano im także wchodzenia do izby wysłużonego pracownika dworu zwanego starym Oltersdorfem, bowiem w tym czasie zajmował się on wytwarzaniem świątecznych podarków: zabawkowych i prawdziwych sanek i wózków, figurek, drewnianych stajenek, domków, kuchenek, kołysek i łóżeczek dla lalek.

Dzieci przeganiane z kąta w kąt gromadziły się u rezydentki dworu, „prastarej” panny Luizy Kuberki. W jej pokoju napawały się widokiem łoża z baldachimem, zgromadzonych za szkłem staroświeckich bibelotów, czepców, które dawno już wyszły z mody. Pod jej okiem przygotowywały ozdoby na osobną, „dziecięcą” choinkę. Były to wycinanki z niebieskiego i czerwonego papieru, bogato zadrukowanego złotymi postaciami świętych, ryb, ptaków, drzew i kwiatów, oraz „bombki” z ziemniaków pracowicie oklejanych pozłotkiem.

Szczególnym dniem była wyprawa saniami najstarszych baronówien wraz z boną do pobliskiego Pasłęka po produkty, których samowystarczalny pod wieloma względami majątek nie mógł dostarczyć. Dawny Pr. Holland jawił się niczym pełna nieprzebranych skarbów metropolia; po powrocie jeszcze długo żyło się wspomnieniem „wielkomiejskich” sklepików, żydowskich sprzedawców oraz miejskich dzieci, które panienkom z dworu imponowały swobodą i obyciem, ale także sprawiały na nich wrażenie „zepsutych”.

O ile nie panowała akurat żadna choroba zakaźna, dzieciom baronostwa von Sanden wolno było uczestniczyć w ćwiczeniu kolęd w wiejskiej szkole. We dworze podczas adwentu dwa razy w tygodniu odbywały się lekcje religii utrwalające wiedzę o narodzeniu Pańskim.

Kolejny etap przedświątecznych przygotowań stanowiła domowa produkcja marcepana, wymagająca zaangażowania wielu osób; misterne torty marcepanowe uchodziły wówczas za nader elegancki prezent. Dziewczęta, „których dłonie nie były jeszcze całkiem zniszczone od pracy”, zbierały się w Zielonej Sali na płukaniu, łuskaniu i trwającym wiele dni tarciu migdałów (od tego momentu pomieszczenia niemal nie opalano, ponieważ ciepło szkodziło migdałom). Poprzedzony licznymi przygotowaniami dzień formowania marcepanowego ciasta był wielkim wydarzeniem. Dzieciom zęby szczękały z zimna w wyścielonej prześcieradłami sali, lecz za nic nie chciały zrezygnować z uczestnictwa. Każdy zajmował miejsce, otrzymywał arkusz białego papieru, nożyk, dudkę do żłobkowania, muślinowy woreczek z cukrem i talerzyk ze zwykłą wodą oraz wodę różaną, a przede wszystkim − przydział startych migdałów. Osobny stół zajmowały osoby wykonujące spody i ranty. Zwłaszcza formowanie rantów uchodziło za prawdziwą sztukę i wiązało się ze szczególną odpowiedzialnością. Troska o nieskazitelność marcepanowej bieli była wielka: Martha zapamiętała, że nawet baron, wkraczając do Zielonej Sali, zostawiał na zewnątrz swe cygaro.

Wkrótce matka znów stawała się całkowicie niedostępna. Zajęta była przygotowaniem prezentów świątecznych dla służby dworskiej i pracowników folwarcznych, których należało uhonorować stosownie do zajmowanej pozycji i zasług. Na prezenty dla około 50-osobowej załogi składały się głównie zakupione w Pasłęku błamy materiałów, efekty pracy miejscowych tkaczy oraz wydziergane wcześniej szale, rękawice czy swetry. Należało je odpowiednio rozdzielić, zapakować, oznaczyć, po czym wprowadzić na listę.

Wielkimi krokami zbliżał się nielubiany przez dzieci dzień pisania listów do rodziny. Dziadek von Sanden (Ludwig Wilhelm Eduard Freih. von Sanden, 1794−1865) i urodzona w Barzynie babcia von Hülsen (Ulrike Ursula geb. von Bodeck, 1788−1865) jawili się jako niezwykle wymagający recenzenci owej świątecznej pisaniny, mającej dowieść postępów w pobieranych naukach oraz znajomości form, lecz gdy dzień ten przemijał i listy pod czujnym okiem matki przepisane były już po wielu próbach i błędach na czysto, wiadomo było, że teraz już naprawdę tylko kilka dni dzieli domowników od świąt.

Wieczorami niania przypominała dzieciom o wędrującym nocą aniele, notującym, które z nich opuściło się w modlitwie lub zachowało się „bezbożnie”, np. podjadało, kłamało, nie słuchało starszych.

„Z rozkoszą skreślało się w kalendarzu datę 23 grudnia” – wspomina Aegidi. Następnego dnia przed południem po raz pierwszy od długiego czasu otwierały się przed starszymi dziećmi drzwi do Białej Sali, gdzie odbywała się uroczystość wigilijna dla pracowników majątku (zadaniem starszych latorośli baronostwa było rozdzielanie orzechów i jabłek). Okiennice były zamknięte, w blasku świec płonących na choinkach odśpiewywano chorał, czytano czytanie z Biblii, a następnie zasiadano do stołów. Przy każdym talerzu leżała kartka z wypisanym imieniem i nazwiskiem oraz prezenty, także te wykonane przez dworskie dzieci dla swych ulubieńców. Wstrząsem dla dzieci była kara, jaka spotkała pewnego roku miejscowego listonosza, niejakiego Augusta Schwarza. Czekał na niego tylko pusty talerz i karteczka o treści: „Świnia, która się upija, nie dostaje nic!”. Schwarz codziennie odbierał pocztę z Pasłęka, skąd wielokrotnie wracał pijany. Pewnego dnia przywiązał butelkę do siodła. Zamroczony alkoholem nie zauważył, że gdy kłusował do domu, butelka się potłukła i mocno poraniła konia. Kara była więc straszna, ale sprawiedliwa.

Rodzina von Sanden także świętowała w Białej Sali, która jednak po południu wyglądała już zupełnie inaczej. Jarzyła się blaskiem świec, a okiennice były otwarte, aby czeladź mogła widzieć z zewnątrz, co dzieje się w środku. Między dwiema choinkami na rozpostartym płótnie zasłaniającym jedno z sześciu okien rokrocznie dumnie prezentował się prezent od babci von Hülsen: zestaw dziecięcych ubrań wizytowych, różniących się tylko rozmiarem. Oglądanie prezentów – przyborów szkolnych, zabawek z drewna, porcelanowych figurek, lalek, koników z masy papierowej, bębenków i trąbek – odbywało się dopiero po deklamacji wyuczonych wierszyków. Dzieci dostawały także wspólny prezent, np. zestaw książek, ozdobne ogłowia dla kuców, nowe sanie. Zasypiały szczęśliwe, a ten, kto znał już litery, tego jednego jedynego wieczoru w roku mógł skorzystać ze szczególnego przywileju: prawa do czytania w łóżku przy świecy, i to tak długo, aż wosk się wypali.

Nazajutrz rano, jeśli droga była przejezdna, wyjeżdżano do kościoła w pobliskich Jelonkach (Hirschfeld), natomiast trzeciego dnia odbywało się we dworze wręczanie prezentów dzieciom pracowników, połączone ze śpiewaniem kolęd i małym egzaminem z wiedzy religijnej przeprowadzanym przez baronową.

Magdalena Żółtowska-Sikora

Artykuł powstał w oparciu o książkę „Nur einmal noch, Hebbeluschchen”. Ostpreußische Kindheitserinnerungen von Martha Aegidi geb. von Sanden aus den Jahren 1846−1860, bearb. und hrsg. von Annemarie Hintze u. Christoph Studt, mit Illustrationen von Angelika Hilbig, Köln 2000. Pierwodruk artykułu: „Variart” 2013, nr 4.

Podróż do Prus

August Maksymilian Grabowski, polski poeta i podróżnik pochodzący z Mazowsza, w podróż do Prus udał się w roku 1844, zaś swoje spostrzeżenia ogłosił drukiem w roku 1859. Przedstawiany fragment dotyczy w głównej mierze terenów historycznego Oberlandu.

Czytaj więcej...

August Maksymilian Grabowski, Podróż do Prus

Kraj ku Ostrudowi[1] staje się coraz bardziej zajmującym. W wielu miejscach jest jak najpiękniejszym, prawdziwie cudownym, dziewiczym. Widać góry dosyć wysokie, okryte lasem; między nimi jeziora.

Na tych górach, niezwiedzanych dotąd zapewne, tylko chata pustelnika, kościół albo zamek rycerski byłby na swoim miejscu. Nie ma żadnej z tych właściwości, stoi tylko mieszkanie rybaka jednego z jezior tutejszych, które, jeżeli nie jest zdolnym zastąpić czego tu nie znajdziemy, nie bezcześci jednak pokoju i nie plami tych miejsc uroczystych.

W całym tym kraju nie ma pól tak rozległych, jakie widzimy około Warszawy, Łowicza, Opinogóry, Płocka, Zbuczyna i innych. Ale za to niemało jest położeń czarownych, do jakich dusza estetyczna lubi przywiązywać się, które przepłaca i zamieszkuje człowiek niepoprzestający na materii. Kto widział piękności położenia Nowej Aleksandrii, Płocka, Kamionny, Gorzyna, Łomży, Augustowa, Czerska, Koła, Częstochowy i tylu innych, mianowicie na stoku Karpat, ten tylko może mieć wyobrażenie o cudnych okolicach Ostruda.

Woda jak zwierciadło ozdabia to miasto. Dwa jeziora jęczą ustami swoich bałwanów do germańskiego Ostruda, liżą stopy jego wzgórza i smutne wracają do swoich toni, nie usłyszawszy jednego dźwięku, żadnego westchnienia odpowiedniego ich pieśni, nie usłyszawszy nic więcej prócz Flajsz i Bier[2], dwóch warunków rozkosznego życia Niemców.

Polacy nawet, mieszkający tu w znacznej licznie, mówiący jeszcze między sobą po polsku, tutaj już są za bardzo pod wpływem wyobrażeń swoich panów, aby zatrzymali zdolność zrozumienia natury, przemawiającej burzą albo pogodą swoich pierwiastków, aby potrafili odpowiedzieć uczuciem na te zjawiska.

W Ostrudzie jeszcze kupowałem owoce za pomocą mowy polskiej; rozmawiałem także po polsku z jakąś starą rzemieślniczką; dowiedziałem się o mieszkaniach urzędników i wojskowych.

Jak wszędzie, tak i tutaj rolnik, rybak, ogrodnik, rzemieślnik nawet, zatrzymali mowę ojców; pogardził nią albo zaniedbał kupiec, szlachcic, i w ogóle każdy bogatszy.

Takie to są części składowe armii walczącej przeciw okolicznościom, i taki wypadek walki. Sława i hańba tego czynu na ziemi pruskiej ma swoje karty w dziejach Polski, ma je w dziejach ludzkości.

Wszystkie wsie mają tu nazwiska polskie; nazwiska wszystkich mieszkańców, mówiących po polsku, są na ski i cki. Przed Ostrudem jeszcze, z półtory mili za Olsztynkiem, wstąpiłem do wsi pańszczyźnianej, nie pamiętam jak nazywającej się. Mieszkańcy jej domów, dość zaniedbanych, nie umieją po niemiecku; w izbach swoich nie strzegą tej czystości niemieckiej, jaka zaszła nad granicę Królestwa Polskiego drogą oczynszowania, ani jemu także towarzyszącej gospodarności; mieszkania ich są ubogie, podobne do mieszkań chłopów guberni Płockiej. […]

Dalej stoi Ostrowin (Osterwajn po niemiecku), wieś łatwa do zniemczenia w nazwisku, ale zatwardziała w swoich nawyknieniach staroświecczyzny. Mówi po polsku. W niej spotkałem dwóch żydów z okolic Lubawy, z kraju należącego niedawno (przed 30 laty) do Księstwa Warszawskiego. Mimo że byli ogoleni i ubrani po naszemu, zachowali jednak w obyczajach tę samą nikczemość i nieznośność, jaka odznacza mieszkańców ulicy Franciszkańskiej w Warszawie. Chwalili Polaków (zapewne dlatego, że łatwiej dają się oszukiwać niż Niemcy) i rząd polski, któremu kiedyś ulegali; chwalili jednego z obywateli tamtejszych K……go, który daje dowody ciągłego wytrwania w dobrem.

W ogóle cały ten kraj, czyli większość jego mieszkańców, ma wielką skłonność do Polski. Skłonność ta jest ożywianą przez mnóstwo naszych zbiegów tam osiadających, tam żeniących się i tak umierających. Oni także zanoszą tam język guberni Płockiej, którym odpolszczają narzecze pruskie.

Za Ostrudem, za jego zachwycającym jeziorem, wąskim a długim na milę i niknącym w lasach; za jeziorem długim, krzywo zachodzącym aż do boru, blisko milę oddalonego od miasta, i za tym borem największym na drodze od Elbląga, półtory mili szerokim, wstąpiłem do wsi położonej w okolicy pagórkowatej i piaszczystej, nad jeziorem, i szczęśliwie trafiłem na mieszkanie szewca Gałeckiego, jedynego mieszkańca tamtejszego mówiącego po polsku. Przyjął mnie sercem otwartym jak rodaka, jak brata. Chociaż postępowanie jego było powolne, bez żadnych uniesień uprzejmości, widziałem szczerość i uczucie w jego oczach; widziałem, że byłem mu bardzo miły. Zastałem u niego drugiego Polaka, nauczyciela bliskiej wioski, który mimo swoją naukowość mówił językiem takim, jak wszyscy wieśniacy tamtejsi.

Mało okazywał wiadomości, bo czytać nie lubi; krótko mówiąc, jest on doskonałym obrazem, tożsamością z naszym nauczycielem wiejskim. Powiadał mi, że „pan Mrongowiusz”, jak wiemy, kaznodzieja polski w Gdańsku i autor słownika polsko-niemieckiego, prosił króla pruskiego, „aby jednak pozwolił mu umrzeć spokojnie, aby ta polska mowa nie była tak zaniedbaną w Prusach, by pozwolił jej nauczać”. W tych wyrazach opowiedział mi spotkany nauczyciel o szlachetnych usiłowaniach Mrongowiusza, godnego czci naszej.

Nazwiska na ius w Prusach starych pochodzą, jak mnie się zdaje, z naszych krajów. Polacy to, ci owszem Latyni nadwiślańscy, kiedy wypadało im mieszkać pod rządem niemieckim, nie mogąc zachować godła swojej dawnej ojczyzny, nie chcąc też się germanizować całkowicie, przybierali nazwiska łacińskie, a prawdziwiej zatrzymywali jedno z tych dwóch nazwisk, które wśród fanatyzmu łacińskiego walczyły z sobą o pierwszeństwo. Tylko by nie rozdzierać rany zadawanej naszej narodowości, w tych wiekach mroku politycznego; tylko by nie hańbić naszej żyjącej narodowości, wobec i na korzyść dawno zmarłej, nie rozwinę historii tego latynizmu. […].

Tutaj to gdzieś wypada nasza granica, podług wyobrażeń XIX wieku, bo tu się kończy nasz język. Niezawodnie tu ona byćby powinna, gdyby nie miała właściwszej linii na brzegach Bałtyku, odległego od tych miejsc o 8 mil najwięcej; gdyby losem napływowej ludności niemieckiej tego niewielkiego wymiaru nie było przenarodowienie na korzyść naszą. Tutaj rozstałem się z moim krajem kochanym, rozstałem się z moimi braćmi, moim językiem, obyczajami, pożegnałem to, co mi jest najdroższe.

Wjechałem do kraju zalanego powodzią germańską, do kraju zdobytego, do kraju z sercem germańskim, który na ścianach swoich domów zawiesza tylko germańskich rycerzy; do ludu, który doskonalej czuje byt niemiecki niż najrozumniejszy Niemiec Germanii środkowej, który, jednym słowem, czuje go jak zdobywca. Wszystko, co się już stało,  było naturalnym, było koniecznym; dlatego tym przychodniom na naszą ziemię złorzeczyć, przeklinać ich nie będę. Bo nawet los każdego cudzoziemca, osiadającego w obcym kraju, nie jest do pozazdroszczenia. Czy on przyjedzie jako wódz napastników, czy jako wódz małpek i niedźwiedzia, prędzej czy później musi utonąć w większości, musi przyjąć jej narodowość. Odległy potomek zachowa skłonność tradycyjną dla ojczyzny jego przodków, ale musi nastąpić czas, w którym ta skłonność zagaśnie; urosną potomki, które się zaprą wszystkiego, aż do imienia. Taka to korzyść ulegania okolicznościom, niegotowości zniesienia losu swojego kraju jakiegokolwiek, a mówiąc po polsku, taki wypadek zejścia ze swoich śmieci.

Wjechałem tedy w kraj niemiecki. Germania jest ojczyzną gospodarności, porządku, czystości i wielu innych cnót domowych, ale także jest siedliskiem wielu wad i ułomności naszej natury, między którymi obżarstwo bezspornie zajmuje pierwsze miejsce. Żywość kobiet pracowitych, lekkość młodzieży szkolnej póty tylko rozweselają wędrowca, póki nie spotka tej obrzydłej ociężałości, jaka zaraża każdego Niemca dochodzącego dojrzałości, i tym sposobem zaczynającego używać woli. Żądze ich, zwyczajnie, rozwijają się w kierunku jednego z siedmiu grzechów głównych, to jest obżarstwa. Nie chcę tu mówić o fajce i piwie, których nie należy brać pod rachunek w Niemczech, bo niepodobna ująć w liczby takiego ogromu. […].

Na tej powierzchni, wydartej Polsce, nie znajdowałem przychylności uprzedzającej, nie spotkałem też i nienawiści. Jest tam dla nas wdzięczność, życzliwość obojętna niemiecka, ale nie ma ona języka, nie ma czym się nam wytłumaczyć, musi tedy pozostać nieznaną.

Miejscowość tamtejsza, powierzchnia, na której osiedli Germanie, jest w najwyższym stopniu urodzajną i obfitą, dosyć przyjemną dla oka, niezbyt leśna i niecałkowicie polna; słowem, jest krajem mającym wszystkie własności, wszystkie warunki szczęścia. Ludność też używa go rzeczywiście, nie w stopniu wyższym estetycznym, uszlachetnionym, tylko po cichu, po gburowsku, ale używa go cała, bez narażenia bytu materialnego: podstawy czynności ludzkich. Wsie tutaj są stanowiskami dworów murowanych, nie chałup; przy wszystkich są ogrody owocowe, wszędzie jednak jest i karczma.

Nie ma próżniaków: pracowitość w całym znaczeniu tego wyrazu. Nie ma oglądania się na drugich, na ich zazdrości lub śmiechy; jest postępowanie podług siebie.

Dla dopełnienia obrazu Prus starych dodam jeszcze: z jednego podwórza wybiegły dwie czwórki koni powozowych, zaprzężonych w wozy drabiniaste, a właścicielka tych koni przyjęła mnie w swym domu i targowała się ze mną o owoce, nie przestając trzaskać płochą i przerzucać czółenka krosien, przy których siedziała. Taka tam pracowitość, takie starania i konieczny tego skutek: bogactwo, obfitość wszystkiego, słowem wielkie materiały! Jest to niewątpliwie najlepsza część naszej ojczyzny.

August Maksymilian Grabowski, Podróż do Prus, Paryż 1859, s. 26−33.

[1] Ostród – Ostróda.

[2] Wł. Fleisch i Bier – niem. mięso i piwo.

Trudna zima 1855 roku/Schwerer Winter 1855

Zima 1855 roku zaczęła się w prowincji wschodniopruskiej bardzo wcześnie i była wyjątkowo ostra, o czym świadczy grudniowa korespondencja nadesłana z Królewca, opublikowana w monachijskim dzienniku „Der Bayerische Landbote”. Na domiar złego w powiecie welawskim pokazała się wścieklizna. Dla Drulit owe mroźne miesiące oznaczały jednak przede wszystkim nierówną walkę z pomorem bydła.

Laut einer im „Bayerischen Landboten“ vom 13. Dezember 1855 veröffentlichten Korrespondenz aus Königsberg, ist in Ostpreußen ein so früher und strenger Winter eingetreten, wie er seit vielen Jahren nicht erlebt wurde. Obendrein zeigte sich im Kreise Wehlau die Tollwut. Für Draulitten bedeuteten jedoch diese harten Wintermonate vor allem einen ungleichen Kampf mit der Rinderpest.

Czytaj więcej...

Panowało przekonanie, że zarazę przywleczono z Polski, w związku z czym 3 grudnia z Królewca wyruszyło do Szczytna 87 strzelców, by zamknąć i ubezpieczać tamtejszy odcinek granicy. Zapanował niepokój, choroba była bowiem nieuleczalna, bardzo zaraźliwa, a możliwe straty trudne do oszacowania.

Zaraza oszczędzała Prusy Wschodnie od 1807 roku, teraz zaś szalała w kilku ogniskach naraz. W powiecie nidzickim ostatni przypadek zachorowania odnotowano 18 stycznia. W powiecie ostródzkim choroba wystąpiła m.in. w Marwałdzie, Grunwaldzie, Świętajnie i Wronowie, a przywleczono ją z Olsztynka, gdzie 5 listopada odbył się jarmark na bydło. Ostatnie przypadki zachorowania w tym powiecie wystąpiły 1 lutego w Świętajnie i 8 lutego we Wronowie. Miejscowości te objęto okresową blokadą. W powiecie morąskim zaraza nawiedziła tylko jedną wieś i w połowie stycznia zdjęto nakaz jej izolacji, natomiast w powiecie pasłęckim pomór wystąpił najpierw w Drulitach, Tompitach i Buczyńcu.

W owym czasie właścicielem majątku w Drulitach był przybyły z Hamburga kupiec Jürgen Sthamer i to on musiał zmierzyć się z zarazą. Wedle Alexandra Dunckera Sthamer stracił wówczas niemal całe pogłowie bydła, nie otrzymując jakiejkolwiek rekompensaty. Ponadto zmuszono go do zapobieżenia dalszemu rozprzestrzenianiu się pomoru poprzez ubój i zakopanie zdrowych sztuk.

Dobra drulickie leżały na terenie rejencji królewieckiej, lecz z uwagi na to, że od granic administracyjnych rejencji gdańskiej dzieliła je odległość mniejsza niż trzy mile, również w tamtejszym Dzienniku Urzędowym [Amts-Blatt der Königlichen Regierung zu Danzig] ukazało się alarmujące ogłoszenie o konieczności zastosowania przepisów o zapobieganiu zarazie bydlęcej z 2 kwietnia 1803 roku.

W promieniu trzech mil od miejscowości dotkniętej zarazą wstrzymano jarmarki oraz handel bydłem, poszczególne wsie i folwarki objęto kwarantannami i dezynfekcją, zastosowano szereg przypisów dotyczących postępowania z żywym inwentarzem oraz zwłokami padłych sztuk.  Przepisy precyzowały szereg różnych spraw, na przykład paragraf 71 przewidywał, że pracownicy zatrudnieni w oborach w miejscowości, w której stwierdzono chorobę, nie mogą opuszczać jej granic. Pozostali mieszkańcy nie podlegali wprawdzie temu zakazowi, wybierając się do innej wsi czy miasteczka musieli jednak okazać zaświadczenie wystawione przez specjalnie ustanowionego strażnika, że nie mieli do czynienia z bydłem. Ksiądz wezwany z innej wsi do chorego mógł wprawdzie go nawiedzić, jednak powóz i konie duchownego musiały pozostać pod opieką furmana w odległości nie mniejszej niż sto kroków od zabudowań wsi. Wchodząc do domu chorego oraz opuszczając go, ksiądz miał odkazić swe odzienie, rozpylając esencją octową, a po powrocie na plebanię przez kilka dni wietrzyć ubranie rozłożone na podłodze. Te same przepisy dotyczyły zamiejscowych akuszerek.

Na dotkniętych chorobą miejscowościach ciążyły liczne powinności, dotyczące m.in. czyszczenia obór (obornik winien być wynoszony z zainfekowanych budynków dwa razy dziennie i zakopywany na głębokości dwóch stóp), odosobnienia chorych zwierząt, zachowania robotników, kar za naruszenie przepisów, postępowania po wygaśnięciu choroby zakaźnej itd.

Mimo precyzyjnych nakazów i zakazów bardzo trudno było jednak uniknąć rozprzestrzeniania się zarazy, nierzadko również z przyczyn niedbalstwa i bezmyślności robotników, o czym  ̶  m.in. na przykładzie Drulit  ̶  pisał profesor A. C. Gerlach, dyrektor Królewskiej Szkoły Weterynaryjnej w Hanowerze. W książce Die Rinderpest. Nach eigenen Untersuchungen und unter kritischer Benutzung der alten Erfahrungen und neuen Beobachtungen (Hanower 1867) uczony stwierdzał:

„Księgosusz najczęściej rozprzestrzenia się przez mięso pochodzące z uboju chorych sztuk, bowiem tam, gdzie szaleje zaraza, tam też zawsze najwięcej jest mięsa z zakażonych zwierząt; sprzedaje się je tanio i zawsze znajduje ono swoich amatorów, ponieważ stare doświadczenie uczy, iż jest ono nieszkodliwe dla człowieka”.

Powołując się również na przypadki stwierdzone w 1866, kiedy to pomór ponownie nawiedził prowincję, Gerlach podawał, że niejaki Peter w miejscowości Jacobsthal (prawdopodobnie Ciemnioch w powiecie ostródzkim) otrzymał głowę chorego zwierzęcia, padłego 7 listopada. Żona owego robotnika obmyła ją, a popłuczyny podała krowom do picia; niebawem obie zachorowały. W powiecie pasłęckim zarazę zawleczono z Drulit do Buczyńca, na odległość ¾ mili, w następujący sposób: pewien pracownik z Drulit, mający przy sobie duży kawał wołowiny pochodzącej z zarażonej sztuki, znalazł sposobność podjechania wozem do sąsiedniej wsi. W drodze do Buczyńca mięso położył na worku. Następnego dnia poplamiony krwią wór, wypełniony sieczką, zawędrował do obory, w której wkrótce wybuchła zaraza.  Z kolei w okresie od 3 do 7 grudnia mięso pochodzące z zarażonego księgosuszem bydła z Drulit zostało przetransportowane saniami do Pasłęka. „Pies niejakiego W. ściągnął ochłap z sań i spożył go nieopodal krowy, która zachorowała 14 grudnia” – czytamy u Gerlacha.

Zgodnie z doniesieniem prasowym opublikowanym w tygodniku „Agronomische Zeitung” z 15 kwietnia 1856 r. w połowie grudnia w Drulitach, Tompitach i Buczyńcu udało się wygasić zarazę, ale podejrzane objawy znów wystąpiły 18 lutego  w granicach Pasłęka, zaś 20 lutego w Zielonym Grądzie. Natychmiast podjęto stosowne kroki celem zapobieżenia dalszym zachorowaniom, nie stwierdzono jednak z całą pewnością, czy rzeczywiście chodziło o pomór.

Ostatecznie w kwietniu 1856 roku niebezpieczeństwo zarazy uznano w prowincji za zażegnane.

Oprac. Magdalena Żółtowska-Sikora

Bibliografia

Gerlach A. C. Die Rinderpest. Nach eigenen Untersuchungen und unter kritischer Benutzung der alten Erfahrungen und neuen Beobachtungen. Hannover 1867, S. 119-120.

„Der Bayerische Landbote“, Nr. 347, 13. Dezember 1855.

„Amtsblatt der Königlichen Regierung zu Danzig“ 1855, Nr. 49, Bekanntmachung Nr. 345.

„Amtsblatt der Königlichen Regierung zu Danzig“ 1855, Nr. 50, Bekanntmachung Nr. 347.

„Agronomische Zeitung“, 15. April 1856.

Weiter lesen...

Man war der Meinung, dass die Seuche aus Polen verschleppt wurde, deshalb ging am 3. Dezember „ein Kommando von 87 Jägern nach Ortelsburg, um die dortige Grenze gegen Polen zu sperren“. Es herrschte große Unruhe, weil die Krankheit sehr ansteckend und unheilbar war und die eventuellen Folgen schwierig einzuschätzen.

Die Provinz war seit 1807 von der Rinderpest verschont geblieben; nun hauste die Seuche an mehreren Orten zugleich. Im Kreise Neidenburg ist der letzte Krankheitsfall am 18. Januar vorgekommen. Im Kreise Osterode sind u.a. die Ortschaften Jakobsthal, Hohenstein, Kurken, Marwalde, Tannenberg, Schwentainen und Bronowo betroffen worden. Die Seuche war dann von Hohenstein aus, wo am 5. November ein Viehmarkt statt fand, in die übrigen Ortschaften verschleppt worden. Die letzten Krankheitsfälle wurden im genannten Kreis am 1. Februar in Schwentainen und am 8. Februar in Wronowo verzeichnet; die beiden Ortschaften wurden Sperrmaßregeln unterworfen. Im Kreise Mohrungen ist die Pest nur auf einen Ort beschränkt geblieben und Mitte Januar konnte die Sperre aufgehoben werden. Im Kreise Pr. Holland zeigte sich die Rinderpest zuerst in Draulitten, Tompitten und Buchwalde.

Zu jener Zeit gehörte Draulitten Jürgen Sthamer, einem aus Hamburg stammenden Kaufmann, der der Rinderpest die Stirn bieten musste. Laut Alexander Duncker verlor Sthamer damals fast sämtliches Vieh, ohne irgendwelche Entschädigung zu erhalten, und wurde sogar genötigt, auch das noch gesunde Vieh zu töten und zu vergraben, um die weitere Ausbreitung der Seuche zu verhindern.

Das Gut lag zwar im Regierungsbezirk Königsberg, da jedoch die Entfernung des Ortes von den Verwaltungsgrenzen der Königlichen Regierung zu Danzig nicht drei Meilen betrug, wurde auch im dortigen Amtsblatt eine alarmierende Anzeige veröffentlicht, um bekannt zu geben, dass die Vorschriften über die Abwendung von Viehseuchen vom 2. April 1803 zur Anwendung kommen müssen.

Im Umkreise von drei Meilen von dem infizierten Ort durften keine Jahrmärkte stattfinden, Handel mit Vieh musste unterbunden werden, es gab Quarantänen und Desinfektionen. Eine ganze Reihe von abgesonderten Vorschriften über die Behandlung der lebenden und gestorbenen Tieren ist zur Anwendung gekommen. Die Vorschriften waren sehr präzise und bezogen sich auf Verschiedenes, z.B. Paragraph 71 sah vor, dass Menschen aus dem Orte der Krankheit, welche beim Rindvieh beschäftigt waren, nicht in andere Orte oder Feldmarken kommen durften. Die übrigen waren diesem Verbot zwar nicht unterworfen, mussten aber durch ein Zeugnis des zuständigen Aufsehers beweisen, dass sie mit dem Vieh nichts zu tun hatten. Im Paragraph 72 wurde präzisiert, wie sich ein zum Kranken gerufener Geistlicher, der in einem anderen Dorf wohnte, zu verhalten hatte:

„Wird der Prediger zum Kranken gerufen, so ist ihm zwar der Besuch verstattet, er darf sich aber mit seinem Wagen, Pferden und Fuhrmann nur auf 100 Schritte dem Orte nähern, auch solche nicht in denselben bringen; beim Eintritt in das Haus, in welchem er sein Geschäft hat, so wie beim Ausgang muss er seine Kleidung mit Essigdämpfen durchräuchern und diese bei seiner Zurückkunft noch einige Tage auf dem Boden durchlüften lassen“.

Das gleiche galt für „auswärtige Hebammen“. Die betroffenen Ortschaften hatten eine Menge von verschiedenen Obliegenheiten, die sich u.a. auf die Reinigung der Ställe (der Mist aus infizierten Ställen musste zwei mal täglich ausgetragen und 2 Fuß tief begraben werden),  Isolierung der kranken Tiere, Verhalten der Arbeiter, Strafen beim Verstoß gegen die Vorschriften, Verhalten nach Abklingen der Seuchenkrankheit etc. bezogen. Trotz der detaillierten Gebote und Verbote war es allerdings sehr schwierig, die Verbreitung der Rinderpest zu verhindern, leider auch wegen Nachlässigkeit und Leichtfertigkeit der Landarbeiter, worüber – teilweise am Beispiel von Draulitten – Professor und Direktor des Königlichen Tierarzneischule in Hannover A. C. Gerlach schrieb. In seinem Buch Die Rinderpest. Nach eigenen Untersuchungen und unter kritischer Benutzung der alten Erfahrungen und neuen Beobachtungen (Hannover 1867) stellte der Gelehrte fest:

„Durch Fleisch von geschlachteten Pestkranken wird die Pest immer am meisten verschleppt; denn wo die Rinderpest haust, da gibt es auch immer viel Fleisch von pestkranken Tieren; es wird billig verkauft und findet immer seine Abnehmer, weil es eine alte Erfahrung ist, das dieses Fleisch für den Menschen unschädlich ist. Wo das frische Fleisch hingeht, dahin folgt ganz gewöhnlich die Pest nach […]“.

Um zu verdeutlichen, wie ansteckend die Krankheit war, führte Professor Gerlach mehrere Beispiele an, zum Teil aus dem Jahre 1866, als die Seuche in der Provinz erneut ausbrach. U.a. erinnerte Gerlach daran, dass der Arbeitsmann Peter in Jacobsthal den Kopf einer am 7. November geschlachteten pestkranken Kuh bekommen hatte; seine Frau wusch den Kopf ab und gab das Spülwasser ihren beiden Rindern zum Saufen. Beide Tiere erkrankten bald an der Rinderpest. Im Kreise Pr. Holland wurde die Pest von Draulitten nach Buchwalde, ¾ Meile, durch Fleisch verschleppt. Ein Arbeiter hatte mit einem großen Stück Fleisch von einer pestkranken Kuh Gelegenheit gefunden, von Draulitten nach Buchwalde zu fahren. Auf dem Wagen legte er sein Fleisch auf einem Sack; am folgenden Tage kam dieser blutbefleckte Sack, mit Häcksel gefüllt, in den Kuhstall, worauf bald die Pest in diesem Stalle ausbrach. Vom 3. zum 7. Dezember war Fleisch von Rinderpest – krankem Vieh aus Draulitten auf einem Schlitten nach Pr. Holland gebracht worden. „Der Hund des W. hatte sich ein Stück Fleisch vom Schlitten geholt und neben der Kuh verzehrt, welche am 14. an der Pest erkrankte“ – lesen wir bei Gerlach.

Das Wochenblatt „Agronomische Zeitung” vom 15. April 1856 informierte, dass die Rinderpest Mitte Dezember in Draulitten, Tompitten und Buchwalde erloschen war, doch „wieder am 18. Februar d. J. in der Amtsfreiheit Pr. Holland und am 20. Februar im Dorfe Schönwiese verdächtige Rinder-Erkrankungen vorgekommen [waren]. Die nötigen Vorsichtsmaßregeln zur Verhütung des Umsichgreifen wurden sofort getroffen, aber bis jetzt wurde noch nicht festgestellt, ob die dort ausgebrochene Krankheit wirklich Rinderpest ist. Man glaubt, beinahe das Gegenteil annehmen zu dürfen, da neuere Erkrankungen kamen innerhalb des Regierungsbezirkes Königsberg nur sporadisch und in einer milder heftigen Gestalt, aber doch nicht selten vor“.

Im April 1856 wurde letztendlich angenommen, dass die Gefahr der Rinderpest in der Provinz vorbei sei.

Bearb. von Magdalena Żółtowska-Sikora

Bibliographie

Gerlach A. C. Die Rinderpest. Nach eigenen Untersuchungen und unter kritischer Benutzung der alten Erfahrungen und neuen Beobachtungen. Hannover 1867, S. 119-120.

„Der Bayerische Landbote“, Nr. 347, 13. Dezember 1855.

„Amtsblatt der Königlichen Regierung zu Danzig“ 1855, Nr. 49, Bekanntmachung Nr. 345.

„Amtsblatt der Königlichen Regierung zu Danzig“ 1855, Nr. 50, Bekanntmachung Nr. 347.

„Agronomische Zeitung“, 15. April 1856.

Jezioro - kościół

Cegły z Drulit – świadkowie przeszłości/Ziegeln aus Draulitten – Zeugen der Vergangenheit

Pomiędzy Drulitami a Lepnem, przy tzw. moście Moniera (Monierbrücke), znajduje się niewielka polana nad umocnionym brzegiem Kanału Elbląskiego. Niegdyś w tym miejscu panował zapewne spory ruch, mieściła się tu bowiem przystań służąca do odbioru cegieł z położonej nieopodal cegielni parowej Drulity. Jak wynika z zachowanego w zbiorach bibliotecznych katalogu wystawy przemysłowej w Królewcu (1875), wytwarzano tu nie tylko cegły, ale również dachówki i rury drenażowe. Jako wystawca z Drulit we wspomnianym katalogu figuruje Gustav Sthamer  ̶  młodszy syn Jürgena Sthamera, który wzniósł istniejący do dziś dwór. Jako ciekawostkę warto dodać, że w skład komisji wchodził wówczas m.in. słynny konstruktor i właściciel fabryki w Elblągu Ferdynand Schichau.

Zwischen Drulity/ Draulitten und Lepno / Löpen, bei der sog. Monierbrücke, gibt es eine kleine, stille Lichtung am gefestigten Ufer des Oberländischen Kanals. Früher muss hier großer Betrieb geherrscht haben, an der Stelle befand sich nämlich ein Anlegeplatz zur Abnahme der Ziegelsteine aus der Dampfziegelei Draulitten.

In dem Gut wurden nicht nur Ziegelsteine, sondern auch Ziegelpfannen und Dränrohren hergestellt, wovon der erhalten gebliebene Katalog der Provinzial-Gewerbe-Ausstellung zu Königsberg 1875 zeugt. Der Aussteller aus Draulitten war Gustav Sthamer –  jüngerer Sohn von Jürgen Sthamer, der das bis heute existierende Herrenhaus erbauen ließ. In der Ausstellungskommission saß u.a. Ferdinand Schichau, berühmter Konstrukteur und Fabrikbesitzer in Elbing.

Czytaj więcej...

Po cegielni nie ma dziś śladu, ale o tym, że działała, poza źródłami pisanymi świadczą istniejące do dziś budynki, na przykład koszary dragonów w Olsztynie (Dragonerkaserne), wznoszone w  latach 80. XIX wieku, oraz neogotycki kościół z pierwszej połowy XIX wieku w Jeziorze (gmina Markusy). Na jednej z wmurowanych weń cegieł wciąż możemy zobaczyć odciśnięty stempel Draulitten.

Do Jeziora warto zawitać również po to, by obejrzeć ciekawy przykład pomnika wojennego, poświęconego parafianom poległym podczas I wojny światowej. Pomnik powstał w 1920 roku. Upamiętnia mężczyzn pochodzących z następujących wsi: Balewo, Jasionna, Dzierzgonka, Kukułka, Węgle, Jurandowo,  Żółwiniec, Żukowo, Żurawiec, Wiśniewo, Krzewsk, Jezioro, Markusy oraz Różany. Przy okazji wycieczki do Jeziora warto też zwrócić uwagę na podejmującą tematykę tego typu obiektów książkę Tomasza Agejczyka O pomnikach wojennych Powiatu Elbląskiego do 1945 r. / Über die Kriegsdenkmäler des Elbinger Kreises bis 1945 (Elbląg 2013).


Cegła

Weiter lesen...

Jetzt gibt es von der Ziegelei keine Spur mehr, doch von ihrer Tätigkeit zeugen außer der schriftlichen Quellen einige bis heute bestehende Bauwerke, zum Beispiel die sog. Dragoner-Kaserne in Olsztyn/Allenstein (die Bauarbeiten wurden im Jahre 1884 begonnen) oder die neogotische Kirche aus der ersten Hälfte des 19. Jahrhunderts in Jezioro/Thiensdorf (Gemeinde Markusy / Markushof). Einer der eingemauerten Ziegelsteine wurde mit dem bis heute sichtbaren Namensstempel Draulitten versehen.

Der Abstecher nach Jezioro lohnt sich auch, weil es hier ein sehenswertes Beispiel eines Gefallenendenkmales gibt. Das Denkmal entstand 1920, um die während des ersten Weltkrieges gefallenen Pfarrgemeindebewohner zu ehren. Geehrt wurden Männer aus der folgenden Nachbardörfer:  Balewo (Baalau), Jasionna (Eschenhorst), Dzierzgonka (Sorgenort), Kukułka (Kuckuck), Węgle (Wengeln), Jurandowo (Rosenort),  Żółwiniec (Wengelwalde), Żukowo (Reichhorst), Żurawiec (Schwansdorf), Wiśniewo (Augustwalde), Krzewsk (Hohenwalde), Jezioro (Thiensdorf), Markusy(Markushof) und Różany (Alt Rosengart). An der Stelle sei es auch auf ein in diesem Kontext interessantes Buch aufmerksam gemacht: O pomnikach wojennych Powiatu Elbląskiego do 1945 r. / Über die Kriegsdenkmäler des Elbinger Kreises bis 1945 (Elbląg 2013) von Tomasz Agejczyk.


Cegła

Cegielnia w Drulitach i katalog Schlickeysena

Po wycieczce do Jeziora śladem cegieł wyprodukowanych w Drulitach (pisaliśmy o tym tutaj), udało się zdobyć kolejną porcję wiedzy na temat miejscowej cegielni – wiemy już, kiedy, za ile oraz jakiego typu prasę ceglarską zakupiono, by usprawnić pracę tutejszej wytwórni.

Wiedzę tę zawdzięczamy publikacji sprzed półtora wieku autorstwa C. Schlickeysena, berlińskiego fabrykanta i właściciela dużej cegielni parowej. Dziełko nosi tytuł  Die Maschinen zum Pressen von Ziegeln, Röhren, Torf und Kohle sowie zum Mischen, Kneten und Formen aller anderen plastischen Substanzen, co tłumaczyć można jako Maszyny do wytłaczania cegieł, rur, torfu oraz węgla, jak i do mieszania, wyrabiania i formowania wszelkich innych substancji plastycznychW istocie chodzi tu o obszerny katalog reklamowy, opublikowany w 1866 roku i opatrzony licznymi rycinami. W skład publikacji weszły także spisy nabywców poszczególnych modeli oraz listy, w których klienci Schlickeysena referowali swe doświadczenia z zakupionym sprzętem.

Czytaj więcej...

Cegielnia C. Schlickeysena

Lata 60. XIX wieku były czasem wielkich przemian w dziedzinie produkcji cegieł. Zachodzące zmiany związane były z trzema wynalazkami: skonstruowaniem tzw. pieca kręgowego (Ringofen, Hoffmansche Ringofen), wprowadzeniem suszarni Kellera  ̶  tj. suszarni wykorzystującej nadmuch gorącego powietrza, dzięki czemu można było zrezygnować z mało wydajnego suszenia cegieł na świeżym powietrzu  ̶ oraz właśnie z pojawieniem się na rynku  mechanicznej prasy ceglarskiej Schlickeysena. Dzięki tym wynalazkom ręczne wytwarzanie cegieł mogło zostać zastąpione tańszą i o wiele wydajniejszą masową produkcją przemysłową.

Fragment listy nabywców prasy ceglarskiej nr 3, katalog Schlickeysena, s. 10.

Prasa zakupiona do Drulit to katalogowy numer 3, czyli  średniej wielkości prasa do wyciskania cegieł i torfu (Mittlere Ziegel- und Torfpresse). W podstawowej wersji urządzenie kosztowało 300 talarów, było wyposażone w wykonany z mocnego drewna cylinder o wysokości 6 stóp i górnej szerokości 26 cali, dwie formy ceglarskie i jeden stół krojczy. Wedle katalogu prasa napędzana przez dwa konie była w stanie wyprodukować dziennie od 4000 do 5000 cegieł, choć z listów nabywców wynika, że liczba ta sięgała raczej 3000-4000 sztuk przy 10-godzinnym dniu pracy. Fundamentalną kwestią warunkującą sukces w użytkowaniu było odpowiednie zmiękczenie gliny, a do wiedzy tej dochodziło się metodą prób i błędów.

Dzięki spisowi klientów Schickeysena wiemy, że interesującym nas kupcem był „właściciel dóbr rycerskich w Drulitach koło Pasłęka” Gustav Sthamer.

Prasa numer 3 dostępna była w trzech wariantach. Najbardziej prawdopodobne jest, że Sthamer zdecydował się na wersję umożliwiającą tłoczenie cegieł z dwóch stron, a więc model z 4 formami i dwoma stołami do cięcia za kwotę 340 talarów. Przy użyciu dwóch koni prasa miała produkować od 5000-7000 cegieł dziennie. Nadawała się również do produkcji wyrobów drążonych, czyli rur i pustaków ceramicznych.

Wynalazki Schlickeysena można było oglądać przy pracy na wystawach przemysłowych od połowy lat 50. XIX wieku. Pierwszy raz Schlickeysen pokazał prasy numer 16 i 26 na wystawie w Cleve w 1855 roku, zaś prasę nr 3, a więc taką, jaką nabył Gustav Sthamer, zobaczyć można było w roku 1862 na wystawie w Würzburgu (do Królewca prasy berlińskiego fabrykanta zawitały dopiero rok później). Właściciel Drulit najwyraźniej był zatem człowiekiem, któremu przyświecała zasada mówiąca, że do odważnych świat należy, nową prasę ceglarską zakupił bowiem właśnie w roku 1862, czyli właściwie w początkach funkcjonowania tego typu urządzeń na rynku. Jak zawsze w przypadku nowości pokonać trzeba było jeszcze innego, specyficznego wroga – uprzedzenia odbiorców, którzy przyzwyczajeni do dawnych metod produkcji dopiero przekonywali się o zaletach wyrobów nowego typu.

Maszyna nr 3, katalog Schlickeysena, s. 10.

Osobom władającym językiem niemieckim, a zainteresowanym historią pras ceglarskich i innych urządzeń związanych z produkcją wyrobów ceramicznych polecamy również tekst doktora Roberta Schmidta Über die Schlickeysen`sche Ziegelmaschine, deren neuere Constructionen und Anwendungen [O maszynie ceglarskiej Schlickeysena, jej nowszych konstrukcjach i zastosowaniach] (1867), dostępny w wersji elektronicznej tutaj.

Oprac. Magdalena Żółtowska-Sikora

Sthamerowie w Drulitach

W 1851 roku Drulity nabył Jürgen Sthamer, kupiec przybyły do Prus Wschodnich z Hamburga. Nowy właściciel majątku wywodził się z rodziny, która znacząco zapisała się na kartach historii swego rodzinnego miasta.

Czytaj więcej...

Jürgen Nikolaus Sthamer, nestor familii, ojciec przyszłego gospodarza Drulit, urodził się 12 października 1767 roku w Bergedorf. Po osiedleniu się w Hamburgu działał pod firmą Jakob von Bergen & Comp., która trudniła się handlem wyrobami tłuszczowymi. Wedle danych zaczerpniętych z miejscowych ksiąg  adresowych z początku XIX wieku siedziba firmy znajdowała się przy ulicy Klingberg 1.

Synowie Jürgena Nikolausa w dorosłości z powodzeniem dążyli do nabycia wiejskiej posiadłości i zakosztowania życia ziemianina, o nim samym wiadomo natomiast, że był członkiem hamburskiego towarzystwa ogrodniczego (Garten- und Blumenverein für Hamburg, Altona und deren Umgegenden), co potwierdza spis członków za rok 1836.

Na przestrzeni lat J. N. Sthamer pełnił różne funkcje obywatelskie. O jego wysokiej pozycji społecznej zaświadcza przede wszystkim fakt, iż w jesieni życia, od roku 1842, był członkiem charakterystycznego dla Hamburga gremium, jakim było wpływowe Collegium der Oberalten, czyli świeckie zgromadzenie starszyzny parafialnej pięciu najważniejszych w mieście kościołów: St. Petri, St. Nikolai, St. Katharinen, St. Jacobi oraz St. Michaelis. Kolegium to istnieje od czasów reformacji do dziś, choć utraciło już swoją polityczną rolę.

Z XIX-wiecznej pracy Friedricha Georga Buecka Die hamburgischen Oberalten, ihre bürgerliche Tätigkeit und ihre Familien [Hamburscy Oberalten, ich działalność obywatelska oraz ich rodziny] (Hamburg 1857)  wynika, że J. N. Sthamer ożenił się 4 czerwca 1795 z Johanną Marią Sophie z domu Schöllermann (1777-1825). Spośród trzynaściorga dzieci tej pary pięcioro zmarło przedwcześnie, prawdopodobnie w niemowlęctwie. Pozostałe dzieci to: Jürgen (przyszły pan na Drulitach), Friederike, Eduard, Emilie, Wilhelm, Gustav, Friedrich i Johanna Mathilde.

Urodzony w 1797 roku Jürgen poszedł w ślady ojca i również został kupcem. Jego pierwszą żoną była Clara Pauline Zöllner z Zittau, z którą miał syna Theodora (w późniejszym czasie Theodor był kupcem w Zittau). Po jej śmierci nową wybranką Sthamera została Elisabeth Knauer z Hamburga, zaś dziećmi z tego związku były: Maria, Emil, Hermann, Gustav, Luise, Elisabeth i Emilie.

Jürgen nie zdążył nacieszyć się efektami swej pracy. Zmarł w Drulitach w 1855 roku, po trudnej walce o podniesienie poziomu nowo nabytego majątku i wybudowaniu dworu istniejącego do dziś (zob. także Litografia Alexandra Dunckera oraz Trudna zima 1855 roku). Gospodarowanie w dobrach drulickich dzielnie kontynuowała wdowa wraz z najstarszym synem Emilem (Hermann żył w Hamburgu jako kupiec). Niestety Emil również wkrótce zmarł (1859). Dwa lata później, po powrocie z Ameryki Południowej, nowym właścicielem Drulit został młodszy z braci, Gustav Sthamer. Prężnie działał na rzecz Drulit, m.in. rozwijając miejscową cegielnię, z powodzeniem prowadząc hodowlę owiec (zdobywał wyróżnienia na wystawach) oraz tocząc trudny spór prawny z powodu zalewania w latach 1864-67 łąk graniczących z Kanałem Elbląskim.

***

Na Gustavie zakończył się dość krótki, ale bardzo intensywny czas gospodarowania Sthamerów w Drulitach. Warto jeszcze przypomnieć sylwetki jego wujów, braci Jürgena Sthamera, ponieważ były wśród nich postacie nietuzinkowe.

Wilhelm (ur. w 1807 roku) działał jako kupiec w Nowym Jorku, skąd pochodziła jego pierwsza żona Charlotte Meyer (miał z nią córkę o tym samym imieniu), następnie został właścicielem ziemskim w Harzhof w Szlezwiku. Ożenił się jeszcze dwukrotnie: z Sophie Köcheln z Bremy, z którą doczekał się syna Jürgena Nikolausa, i z córką hamburskiego senatora Adele Haller (z tego związku pochodziły dwie córki: Adele  i Sophie).

Gustav (ur. w 1809 roku)  był kupcem zamorskim działającym w Hawanie oraz w Hanowerze. Na Kubie pełnił także funkcję konsula Hamburga. Fragmenty jego sprawozdań cytowane są m.in. w pracy Preußen und Lateinamerika: im Spannungsfeld von Kommerz, Macht und Kultur (Prusy i Ameryka Łacińska.  Pomiędzy handlem, władzą a kulturą, pod red. Sandry Carreras i Günthera Maiholda). W książce tej przeczytać można m.in. zachowany w zbiorach archiwalnych fragment, w którym Gustav naświetla trudną sytuację zamorskich kupców niemieckich w latach 30. i 40 XIX wieku, powodowaną napływem z Anglii i Irlandii tanich, produkowanych maszynowo imitacji niemieckich wyrobów lnianych. W tym kontekście jako ciekawostkę warto przypomnieć również fakt, że z rodziną Sthamerów pozostawał w bardzo zażyłych stosunkach Cornelius Souchay, właściciel słynnej plantacji kawy Angerona.

Według informacji zawartych w książce Buecka Gustav Sthamer, wuj Gustava z Drulit, ożenił się z Caroline Fernandez z Hawany, z którą miał mieć cztery córki: Helenę, Josephine, Caroline i Sophie. Jest to chyba jednak pomyłka – małżeństwo z Caroline Fernandez przypisywać należy raczej bratu Gustava, Friedrichowi (ur. 1811), który przez pewien czas również przebywał na Kubie. Gustav, po zdobyciu znacznego majątku w Hawanie, gdzie założył firmę, w 1854 roku ożenił się z Henriette z domu Jeß. 1 lipca tego samego roku zakupił majątek Groß Weeden w pobliżu Ratzeburga (Szlezwik Holsztyn). Tam urodziły się dzieci: Sophie, Friedrich (wł. Gustav Friedrich, późniejszy ambasador w Londynie, senator, pierwszy burmistrz Hamburga w czasie Republiki Weimarskiej) oraz Walter.

Eduard (1803-1872), kolejny z braci (nie należy mylić go z historykiem Eduardem Sthamerem ur. w 1883 roku w Hamburgu), był adwokatem, nosił tytuł doktora praw, zaś w latach 1834-60  pełnił zaszczytną funkcję senatora Wolnego Hanzeatyckiego Miasta Hamburga. Z żoną Charlotte Sophie z domu Legriel miał czworo dzieci: syna Eduarda Carla Gustava i córki: Melanie Amélie,  Friederike Georginę Franciscę oraz Caroline Sophie Mathilde.

Siostry Jürgena Sthamera, Emilię i Friederikę, wydano za hamburskich kupców: Ferdinanda Berndesa i Heinricha Christiana Dieckmanna.

Dziś w Hamburgu znajdują się dwie ulice nazwane na cześć potomka rodziny Sthamerów, wspomnianego wyżej senatora Friedricha Sthamera. Są to Stahmerkai w dzielnicy Hamburg-Mitte oraz Sthamerstraße w dzielnicy Hamburg-Ohlstedt.

 

Die hamburgischen Oberalten ihre bürgerliche Wirksamkeit und ihre Familien von Friedrich Georg Bueck

Familie Sthamer

Ein Fragment aus dem Buch Die hamburgischen Oberalten, ihre bürgerliche Wirksamkeit und ihre Familien von Friedrich Georg Bueck (Hamburg 1857)

Der Oberalte [Jürgen Nikolaus] Sthamer verheiratete sich am 4. Juni 1795. Von seinen 13 Kindern starben 5 jung. Die übrigen waren:

Weiter lesen...

  1. Jürgen, geb. 1797, Kaufmann, starb 1855 auf seinem Gute Draullitten in Preußen, verheiratet 1) mit Clara Pauline Zöllner aus Zittau, die ihm einen Sohn Theodor gebar, der Kaufmann in Zittau ist; 2) mit Elisabeth Knauer aus Hamburg, von deren Kindern: Maria, Emil, Hermann, Gustav, Luise, Elisabeth und Emilie, der zweite Sohn in Hamburg lebt.
  2. Friederike, geboren 1801, gest. 1846, verheiratet 1820 mit dem hiesigen Kaufmann Heinrich Christian Dieckmann.
  3. Der schon genannte Senator Dr. Eduard Sthamer hat mit seiner Ehefrau, Charlotte Sophie geboren Legriel, vier Kinder: a)Melanie Amélie, geboren am 2. Juni 1834, verheiratet am 25. Juli 1857 mit dem Dr. Medic. Adolph Nikolaus von Düring geb. in Moorburg am 1 März 1820 b) Eduard Carl Gustav c) Friederike Georgine Francisca d) Caroline Sophie Mathilde.
  4. Emilie, geboren 1805, verheiratet mit dem 1840 verstorbenen hiesigen Kaufmann Ferdinand Berndes.
  5. Wilhelm, geboren 1807, früher Kaufmann in New York, jetzt Gutsbesitzer auf Harzhof in Schleswig, verheiratet 1) mit Charlotte Meyer aus New York, die ihm eine gleichnamige Tochter gebar 2) mit Sophie Köcheln aus Bremen, welche ihm einen Sohn Jürgen Nikolaus gebar 3) mit Adele, Tochter des Senators Dr. Nikolaus Ferdinand Haller, deren beide Töchter Adele und Sophie heißen.
  6. Gustav, geboren 1809, Kaufmann in Havanna, lebt in Hannover, verheiratet mit Caroline Fernandez aus Havanna, lebt in Hannover, mit der er 4 Töchter hat: Helena, Josephine, Caroline und Sophie.
  7. Friedrich, geboren 1811, früher Kaufmann, jetzt Gutsbesitzer in Lauenburgischen, verheiratet mit Henriette von Jess aus Kiel, die ihm Sophie und Friedrich gebahr.
  8. Johanna Mathilde, geboren 1817, verheiratet an den hiesigen Kaufmann Lorenz Friedrich Pehmöller.

Friedrich Georg Bueck: Die hamburgischen Oberalten, ihre bürgerliche Wirksamkeit und ihre Familien. Hamburg 1857, S. 496-497.